piątek, 23 czerwca 2017

Formaldehyde.

Niepościelone łóżko, stojący na stoliku kubek po herbacie, ulubiony, w kształcie hełmu Vadera. Cicho grająca muzyka, pełna energii piosenka. Zapach burzy, która zmoczyła mnie całą w drodze do domu. Oczywiście, pogoda uspokoiła się, jak tylko przekroczyłam próg mieszkania. 
Gorący prysznic, jeden z tych dłuższych. Przeczytałam kiedyś, że samotni ludzie biorą dłuższe prysznice, bo zastępuje im to ciepło drugiego człowieka. Nie zastąpiło.
Twoja koszulka, która pasuje na mnie zaskakująco dobrze. Wygodna. Przez chwilę zastanawiam się, czy miałbyś coś przeciwko takiemu złodziejstwu, ale później przypominam sobie, że kupiłeś ją, bo mi się podobała. Uśmiecham się do tej myśli. 
Szósty dzień. Prawie połowa za mną. Może to i nic, ludzie nie widują się miesiącami, ale uświadomiłam sobie, jak bardzo przywykłam do budzenia się obok Ciebie. 
Tęsknota to takie dziwne uczucie. Nigdy nie udaje mi się dobrze ubrać jej w słowa, zawsze wydają mi się jakieś nieadekwatne. Bo przecież nie umieram, funkcjonuję, mam mnóstwo rzeczy na głowie i wszystkie z nich powoli udaje mi się zrealizować... ale jakoś tak, brakuje mi Twojej obecności. Brakuje mi parzenia dwóch herbat, a nie jednej. Nalewania dwóch kieliszków wina. Rozmów przy obiedzie. Pocałunku na dobranoc. Bezkarnego przytulania Cię przez wieki, kiedy przebudzę się w nocy ze złego snu. Nawet dźwięków tej irytującej melodii z Risena, wiesz, o którą mi chodzi. I chociaż teraz uśmiecham się, dobrze się bawię, albo ciężko pracuję, wciąż myślę, że chciałabym przeżywać wszystkie te momenty z Tobą. Nawet wtedy, kiedy panikuję z powodu egzaminów, i wiem, że jakbyś tu był, to pewnie śmiałbyś się ze mnie i mojego prywatnego, chwilowego końca świata. Ale potem mógłbyś mnie przytulić i nazwać głupolem, i tak łatwo byłoby mi wtedy się uspokoić, wiesz?
Sesja-depresja? No nic. Jeszcze cztery i będę wolna, przynajmniej do kolejnej. Chyba jednak nie jestem taka zła w działaniu pod presją, jak myślałam.
Pogodne dźwięki mojego ukulele. Naprzemiennie szarpane struny, z coraz większą precyzją. Satysfakcja. Kolejna piosenka. Już całkiem komfortowo czuję się z nowym modelem, przez co uśmiecham się delikatnie do siebie. Instrumenty zawsze zachwycały mnie swoim wyglądem, a ten jest naprawdę piękny, także w brzmieniu. W końcu nadszedł ten przełom, coś "kliknęło", jak lubię czasem nazywać takie momenty. Przez męczącą mnie od kilku dni chorobę mój głos brzmi inaczej, ale cicho śpiewam, delikatniej niż zwykle. Myślę przez chwilę, że spodobałoby Ci się, jak gram, może nawet nie byłoby mi głupio, tak jak zwykle, gdy gram przy Tobie i coś mi nie wychodzi. 
Życie toczy się, ale każdy dzień jest tak niemiłosiernie długi, a zapełnienie ciągnących się chwil coraz cięższe. Trochę tak, jakbym cały czas miała w sobie jakiś ciężar, tam w środku. Wykrzesanie z siebie emocji jest trochę trudniejsze, choć nie niemożliwe. I wciąż zastanawiam się, czy Ty też o mnie myślisz tak często, jak ja o Tobie. 
Tęsknić za kimś, co to właściwie znaczy? Każdy przeżywa to inaczej, niektórzy są wręcz sparaliżowani brakiem czyjejś obecności. Myślę, że wynika to z braku pewności. Bo kiedy ma się pewność co do czyichś uczuć, to można tęsknić, czekać, i chociaż czas dłuży się niemiłosiernie, to wciąż robić swoje. Nie oddawać się niepewności ani bezsensownym obawom. Najbardziej chyba boli świadomość, że tęskni się za kimś, kto nie tęskni za Tobą. W innym wypadku da się przeżyć wszystko, nawet cieszyć, uśmiechać, bo przecież niedługo wszystko wróci do swojego normalnego rytmu.
A móc tęsknić z wzajemnością? To prawdziwe szczęście. 
Uśmiecham się jeszcze raz, zarzucając koszulę na ramiona. Przez burzę jest dziś chłodno.
Zakładam buty, przekręcam klucz w zamku. 
Słuchawki. Muzyka, która towarzyszy mi wszędzie. 

I'm lost to a love that's a mile wide,
Drowned in a bath of formaldehyde.

Pewny krok. Uśmiech jakoś nie chce dziś zejść z mojej twarzy.

I'm lost to a love.  


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Podróże, miłość i trochę banałów, czyli garść przemyśleń

Podróże zawsze sprawiają, że wpadam w nostalgiczny, dziwny nastrój, z którego ciężko się otrząsnąć. Oderwanie się od codzienności działa na mnie kojąco, ale też budzi ekscytację. Uświadamiam sobie, jak wiele miejsc chciałabym jeszcze odwiedzić, ile rzeczy muszę zobaczyć, przeżyć, poczuć. Bo takie wyjazdy wywołują mnóstwo emocji. Przechadzając się po przepięknym ogrodzie w Balchiku myślałam sobie, jak cudownie musieli czuć się ludzie, którzy spacerowali tam na co dzień. Chociaż nigdy nie dostrzegałam uroku ciętych kwiatów, rosnące różane krzewy wydały mi się niesamowicie piękne. Czułam się tak, jakbym mogła spędzić tam wiele godzin po prostu siedząc i rozmyślając. I rzeczywiście, będąc daleko od domu przez dużo czasu przebywałam w swojej głowie, układając wszystko to, co przez ostatnie kilka miesięcy pozostawało w ciągłym chaosie, ciągle łapiąc się przy tym na notowaniu zdań, myśli, zanim uciekną, zagubią się gdzieś w tym całym zawirowaniu. Każda z tych myśli kojarzyła mi się z kolorowym kwiatem, gotowym żeby rozkwitnąć. Pierwszy raz zrozumiałam tych wszystkich poetów, zachwyconych pięknem otoczenia, zainspirowanych naturą. I chyba wreszcie udało mi się odpocząć - od samej siebie, całego tego zgiełku wokół, natłoku obowiązków i zmartwień. Zajęło to całkiem długo, potrzeba było morza, zieleni, chmur i muzyki, mnóstwa wina, przylepiającego się do skóry piasku, jagodowych lodów, skakania w tłumie roześmianych ludzi, śpiewających razem piosenki, kolorowych świateł, silnej dłoni trzymającej mocno moją. Ale się udało.

Balchik, Bułgaria - albo "za daleko poszłaś, wracaj i idź jeszcze raz, tylko wolniej."

I myślę, że teraz już rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Że czasami trzeba się na chwilę zatrzymać, uciec od codzienności, pójść tam, gdzie jeszcze się nie było, z ludźmi, dzięki którym uśmiech nie chce znikać z twarzy. Że zwykłe dni mogą stać się czymś niezwykłym, jeśli odpowiednio się na nie spojrzy. Że niekiedy wystarczy jeden uśmiech i żadne słowa nie są już potrzebne. Że życie to takie zbieranie momentów, w których czuło się coś więcej niż przytłaczający lęk. To też budowanie swojej tożsamości, bo "podobno ludzie z wiekiem się nie zmieniają, stają się tylko coraz bardziej sobą". I każde doświadczenie sprawia, że jesteśmy bliżej tego, kim chcemy być. Uczymy się siebie samych - i siebie nawzajem, jeśli przychodzi przeżywać nam te chwile z innymi ludźmi. Może właśnie wtedy najłatwiej nam odkryć, czego pragniemy, a co jest daleko na liście naszych priorytetów? Nie jestem pewna. Często mamy świadomość, jak wiele jest rzeczy, z których jeszcze nie zdajemy sobie sprawy - ale liczy się to, że wciąż ich szukamy, uczymy się. Na błędach i na sukcesach. Codziennie, chociaż często nie mamy świadomości zmian, jakie w nas zachodzą.
Wiem za to, że miłość nie ma być wyścigiem, ciągłym strachem, że się nie wystarcza, albo zrobi się coś nie tak. Miłość ma uspokajać, dawać oparcie. Motywować, a nie bezmyślnie krytykować. Wymagać, ale też dawać wiele w zamian. Uskrzydlać. Uszczęśliwiać. Sprawiać, że wszystko wydaje się możliwe. Poprawiać humor w ciężkich chwilach. I ta miłość to nie tylko momenty pękające od emocji, ale także spokój. Pocałunek na dobranoc i dzień dobry. Wspólne posiłki.  Wyjście do sklepu i dyskusje o tym, kto wymyśli co dziś będzie na obiad. Poranne przyniesienie kawy do łóżka. Troska w chorobie, martwienie się o siebie nawzajem. Nawet te chwile, kiedy panuje cisza i oboje osobno czymś się zajmujemy, bo one też są potrzebne.
Miłość to wybór. Jasne, namiętność też się liczy, bo bez odpowiedniego dopasowania ciężko jest zbudować jakikolwiek związek. Ale to nie wszystko. Kiedyś przeczytałam, że "kochać to znaczy chcieć być czyimś dobrem". I chyba nie ma bardziej trafnej definicji. Być czyimś dobrem, spokojem, chwilą wytchnienia. Sprawiać, żeby życie we dwójkę było chociaż trochę przyjemniejsze niż samemu. Przywoływać uśmiech na ukochanej twarzy, nawet jeśli potrzeba do tego czegoś tak prostego jak zaparzenie herbaty, bo najbardziej liczą się wszystkie te maleńkie rzeczy, które robimy dla tych, których kochamy.
Może to brzmi jak banał, ale w sumie to dlaczego wszystko musi być skomplikowane? W życiu jest wystarczająco wiele problemów, żeby jeszcze to wszystko utrudniać. Niech chociaż miłość będzie prosta.

niedziela, 14 maja 2017

Słonecznik

Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy. 
– Éric-Emmanuel Schmitt
Obracam twarz w stronę słońca, niczym słonecznik łaknąc jego promieni, ciepła, chociaż przez chwilę, zanim znów skryje się za warstwą chmur. Niebo wygląda dziś tak pięknie, że ciężko mi oderwać wzrok.
Przesuwający się krajobraz za oknem autobusu, cicha, spokojna melodia w słuchawkach... I świat, który wreszcie wyrwał się z warstw szarości, zadziwiając milionem odcieni zieleni. W takich chwilach żałuję, że nie potrafię malować, bo ten obraz odbija się gdzieś głęboko w podświadomości, w miejscu, w którym zapisuję wszystko to, co piękne, zaraz obok cytatów mojego ukochanego Schmitta czy Wilde'a. Zieleń. Światło. Maleńkie, kolorowe punkciki kwiatów, wyglądające jak plamki farby stawiane pieczołowicie przez malarza - żółte, białe, gdzieniegdzie widać nawet błękit moich ulubionych niezapominajek. Słońce przebija się delikatnie przez warstwy liści, wydobywając z nich cudowne barwy, zaraz po to, by zniknąć za chmurką, całkowicie zmieniając wygląd całego otoczenia. Czuję się prawie tak, jakbym obserwowała jakiś taniec, grę światła i cieni, w której pierwszy raz od kilku miesięcy wygrywa jasność.
Chciałabym częściej zatrzymywać się i dostrzegać takie rzeczy. Piękno momentów, kiedy kąciki ust same się unoszą, bez wyraźnego powodu. Urok tego, co na pierwszy rzut oka jest niedostrzegalne, bo wydaje się zwyczajne. To tak, jakby normalny dzień stał się czymś niezwykłym. Jakbym sama była częścią tego wszystkiego, maleńkim kolorowym punkcikiem na zielonym tle. Jakby w mojej głowie rozkwitły kwiaty.
Na siedzeniu obok mnie spoczywa kapelusz, zaraz obok plecaka pełnego rzeczy i cienkiej kurtki. Ten kapelusz, o którym marzyłam, żeby wreszcie był potrzebny, żebym mogła odginać delikatnie jego rondo, tak, żeby na twarz padało słońce. Ten, na którym chciałam czuć opór wiosennego wiatru, próbującego zerwać go z mojej głowy - i wreszcie to poczułam. To jeden z tych dni, kiedy ciężko mi usiedzieć na miejscu, bo czuję w środku jakąś siłę, która pcha mnie w sam środek tego piękna, każe iść przed siebie i chłonąć ciepło, i z każdym krokiem czuć się lżejsza, jakby problemy zostały gdzieś daleko za mną.
W plecaku mam książkę, nad którą dziś się nie pochylę, chociaż jest niesamowicie ciekawa - bo muszę obserwować, cieszyć się tą chwilą, chociaż to takie bezsensowne, chociaż przecież nie dzieje się nic specjalnego, wracam busem do domu, to dzień jak każdy inny.
To dziwny rodzaj szczęścia, ale czuję się niesamowicie szczęśliwa. 



środa, 10 maja 2017

Odrobina słońca, o nic więcej nie proszę...

Zimno mi, myślę po raz setny w tym tygodniu. A przecież to maj, przecież powinno być pięknie, wiosenne słoneczko powinno denerwować mnie, przywołując na twarz setki piegów, ludzie powinni się uśmiechać, a kwiaty kwitnąć. W maju zdecydowanie nie powinnam z wielkim zdziwieniem obserwować płatków śniegu, rozpływających się na grubym materiale płaszcza, tylko po to, by kilka minut później przerodziły się w ogromne krople deszczu. W maju najbardziej kolorowym elementem otoczenia nie powinna być czerwień wspomnianego okrycia wierzchniego, lecz błękit nieba. Świat staje na głowie i nic nie jest takie, jak powinno.
"There's no sunshine this impossible year 
Only black days and sky grey and clouds full of fear."
Zimno mi, i nie wiem co z tym zrobić, bo taki chłód sprawia, że zimno jest też w środku, nie tylko fizycznie. Bo jak samemu być kolorowym, kiedy świat wypełnia się odcieniami szarości? Próbuję to rozgryźć, ale nie idzie mi za dobrze. Bycie nadwrażliwcem jest o tyle uciążliwe, że takie miesiące jak ten są niesamowicie ciężkie. Brak snu, a potem odsypianie po kilkanaście godzin, niespodziewane zmiany nastrojów, tak nieprzewidywalne jak to, co dzieje się na niebie - słońce, chmury, deszcz, śnieg, błękit nieba, a wszystko to jednego dnia. Dobija mnie to, jak wygląda świat, to, że od tylu miesięcy czekam na ten czas, kiedy będzie można w końcu opuścić mieszkanie bez miliona warstw ubrań, a wyjście z klatki nie będzie wiązać się z przenikliwym zimnem. Czuję się, jakby od pół roku trwał listopad. 
A ja przecież wcale nie chcę tak wiele. Ciepłego wiatru, piegów, których nie cierpię, krótkich sukienek, kapeluszy i lekkich butów. Spoglądania na świat zza szkieł okularów przeciwsłonecznych. Chcę czytania książek na kocyku, wesołej muzyki, która wreszcie zacznie pasować do otoczenia. Otwartych okien i zapachu lata, takiego, który pierwszy raz ma szansę nie kojarzyć się ze smutkiem. Bycia sama, ale z nim obok. Słuchania muzyki, śpiewania w samochodzie, wygłupiania się. Nawet tańca, chociaż przecież nie tańczę. Tworzenia z niedoskonałych chwil idealnych wspomnień, bo perfekcjonizm jest nudny, liczą się uczucia. Nowych doświadczeń. Silnych emocji.
Zabawne, że do tej pory najgorsze momenty mojego życia działy się w letnim słońcu. Zima, taka łaskawa, przynosiła ukojenie wraz z warstewką białego śniegu, uspokajając moje lęki. Wielki kubek herbaty grzał zarówno ręce, jak i serce, a pod kocem można było schować się przed złem tego świata. Wraz z nastaniem ciepła znikały złudzenia. Pojawiała się samotność, wszelkie wątpliwości okazywały się uzasadnione, a lęki prawdziwe. Lato było czasem rozczarowań i leczenia ran, dochodzenia do siebie, szukania swojej drogi. Teraz już ją chyba znalazłam. Teraz może być inaczej. 
Dlatego z takim utęsknieniem wyczekuję ciepła i wszystkiego tego, co ze sobą przyniesie. Możliwości. Szans na to, żeby wreszcie przeżywać, a nie tylko być, bo przecież na tym powinna polegać młodość, prawda?
Chcę spacerów, dni pełnych słońca, zieleni i błękitu, kłębiących się gęstych, białych chmur. Wieczorów, które długo nie zmieniają się w noc, miejsc, w których jeszcze nie byłam, letnich ubrań, wychodzenia bez kurtki. Ciepła dłoni, trzymającej mocno moją, kiedy razem tak jakby spełniamy marzenia. Przygody. Zimnego wina i ciepłych słów.
Chcę, żeby to lato było inne.
A wiecie, co jest najpiękniejsze?
Wiem, że będzie.

środa, 19 kwietnia 2017

A bit of madness is key

Wizja, schowana gdzieś z tyłu głowy, tam, gdzie sama bardzo rzadko się zapuszczam. Przyjemny ciężar w dłoni. Znany, kanciasty kształt. Błyszczący papier okładki. Szorstkie strony, jeszcze pachnące farbą drukarską. Moje nazwisko z przodu.
Marzyciele nie mają za dużych szans w dzisiejszych czasach, prawda?
Do niedawna każdy kolejny dzień sprawiał, że utwierdzałam się w tym przekonaniu. Mimo wszystko - nie umiem stać się realistką, nieważne jak bardzo próbuję. Bo to takie nie w moim stylu.  I myślę tak nawet wtedy, kiedy sama ze sobą muszę walczyć, przekonywać się, że warto trwać przy swojej naturze. Chociaż lepiej byłoby po prostu stać się kimś, kto twardo stąpa po ziemi, a nie co chwilę pozwala myślom uciekać gdzieś daleko. Nie potrafię jednak pozbyć się tej naiwności, która sprawia, że wierzę, że będę czymś więcej, niż tylko kolejnym pionkiem w maszynie tego świata. Im więcej czasu spędzałam czytając o uporządkowanym, hierarchicznym, skierowanym na zbiorowość, a nie jednostkę japońskim społeczeństwie, tym bardziej wiedziałam, że nie mogłabym tak żyć. Że chciałabym czegoś więcej. Nawet, jeśli gonię za niemożliwym.
W Polsce mamy trochę więcej miejsca na indywidualizm, chociaż nie o tym chciałam Ci dziś opowiedzieć, mój drogi czytelniku. Dziś będzie bardzo... osobiście. Jeżeli mnie znasz, to wiesz, że troszkę zmieniłam się w chwili, kiedy opuściłam kinową salę po obejrzeniu "La La Landu". Jeżeli mnie znasz, to wiesz, że zalewałam się łzami po każdym kolejnym seansie (a było ich zbyt wiele!), bo ten film utwierdził mnie w przekonaniu, że warto marzyć. Jeżeli mnie znasz, to wiesz, że poruszona nim jestem do teraz, i że nie potrafię przeżyć dnia bez posłuchania którejś z piosenek chociaż jeden raz. A jeżeli mnie nie znasz, mój kochany czytelniku, to teraz już wiesz o tym wszystkim, jako, że Ci o tym powiedziałam. Wygodnie, prawda?
Do sedna.

W piosence, która złamała mi serce, zmiażdżyła i sprawiła, że wciąż zbieram pogubione w niej kawałeczki siebie, Fools Who Dream, występują magiczne słowa. "A bit of madness is key". Słowa, które jedną z moich ulubionych artystek - Dodie Clark - zainspirowały tak bardzo, że teraz już zawsze będzie miała ich ślad na swojej skórze. I zgadzam się z nimi całym sercem. Bo bez szaleństwa nie ma sztuki, nie ma życia. Bo najlepsze rzeczy powstają z pasji. Zaangażowania. Zapomnienia o całym świecie, żeby oddać się temu, o czym się marzy. Zaszyciu się w swoim świecie, tworząc... i znajdując tam wreszcie swoje miejsce. I nieważne, co to będzie, każdy powinien coś mieć. Cokolwiek, co nada mu sens, co będzie mógł kochać, szczególnie, jeśli kiedyś w swoim życiu miał czas, kiedy tego sensu nie widział. Pomimo tego, że często ta pasja budzi mnóstwo emocji, frustracji. I strachu, tego wszechobecnego strachu. 
I chociaż "La La Land" zawsze sprawia, że zalewam się łzami (nie będę mówić dlaczego, żeby nie spoilerować - ale jeśli jeszcze nie widziałeś tego musicalu, to polecam go z całego serduszka), to i tak za każdym razem kończę seans z przekonaniem, że marzyciele - tak niepasujący do tego świata - jednak nie wzięli się z księżyca. Że czasami im się udaje znaleźć dla siebie miejsce, takie, w którym da się być szczęśliwym, nawet, jeśli nie wszystko potoczyło się tak, jak powinno. Szczególnie wtedy. Że warto robić rzeczy, które mogą skończyć się porażką, bo im bardziej się jej boimy, tym słodsze będzie zwycięstwo. I że robiąc to, co się kocha, nie można się poddawać, nieważne, co będzie się dziać. Bo to szaleństwo, które daje nam siłę, żeby mierzyć wysoko, może - wbrew całemu światu - zaprowadzić nas na sam szczyt.
Myślę, że znalezienie czegoś, co pomaga nam się oderwać od rzeczywistości, jest niesamowicie ważne. Liczy się także odwaga, żeby móc później, kiedy już to odnajdziemy, podążać wciąż za tą słabiutką myślą, że się uda. Bo jak pisał mistrz Bułhakow - "tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!". A więc nieważne, czy kolejną godzinę męczysz się pociągając struny, codziennie zapisujesz swoimi myślami kartki pilnowanego pieczołowicie zeszytu, czy też delikatnymi pociągnięciami pędzla malujesz własny świat - nie przestawaj, mimo tego, że nie wychodzi, mimo tego, że będzie Ci się wydawać, że to strata czasu. I pamiętaj, że w każdym jest trochę szaleństwa, nie ma w tym nic niewłaściwego. Wszyscy się czegoś boimy, po prostu nasze lęki się różnią. I ich powody. Ale z takich "pęknięć" w nas samych powstają najpiękniejsze rzeczy. Ich piękno jest w tym, jak bardzo są szczere i prawdziwe i w tym, jak sprawiają, że człowiek czuje się, jakby był czymś więcej. Jest też w tej satysfakcji, jaką daje sam proces tworzenia, a niekoniecznie sam rezultat. W tym, że rozwijając swoją pasję człowiek nawet nie zauważa, że stał się kimś innym, niż był kiedyś. Po prostu pewnego dnia przyłapuje się na delikatnym uśmiechu i uświadamia sobie, że kocha to, co robi. I że nie wyobraża sobie życia w inny sposób. Taka chwila sama w sobie jest zwycięstwem.
Wizja, schowana gdzieś z tyłu głowy, tam, gdzie sama bardzo rzadko się zapuszczam. Przyjemny ciężar w dłoni. Znany, kanciasty kształt. Błyszczący papier okładki. Szorstkie strony, jeszcze pachnące farbą drukarską. Moje nazwisko z przodu.
Nie, wizja to złe słowo. Cel.
Tak lepiej.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Idealnie nieidealni

Być zamkniętym w sobie i nie umieć się otworzyć - oto jedno z najbardziej irytujących uczuć świata. Mieć w głowie cały wszechświat, do którego nie da się wpuścić innych ludzi. Nawet wtedy, gdy się chce... bo prawda jest taka, że nienawidzę być sama ze swoimi myślami, ale jednocześnie nie potrafię nikomu ich przekazać, nie tak, jakbym chciała. Znajduję słowa, ale niewłaściwe, niewystarczające, nieadekwatne. Czasami czuję się, jakby mój mózg przełączył się na inny język, a ja zbyt pobieżnie przejrzałam słówka, przez co nie mogę sobie przypomnieć, jak coś nazwać. Tylko to, co jest naturalne w mówieniu w obcym języku, wydaje się śmieszne w ojczystym. Marzę o tym, żeby potrafić rozmawiać z ludźmi z taką łatwością, z jaką przychodzi mi pisanie. Ale w ekran - czy na kartkę - łatwiej spojrzeć, niż w oczy. W oczach można zobaczyć zbyt wiele, nawet to, czego by się nie chciało. I to rozprasza.
"Nie umiem wyrazić tego, co bym chciała. Ostatnio ciągle tak jest. Staram się coś powiedzieć, ale do głowy przychodzą mi tylko nieodpowiednie słowa albo całkowicie różne od tych, które mam na myśli. Próbuję sama się poprawić, lecz wychodzi tylko gorzej. Tracę wątek. Tak jakbym była rozszczepiona na dwie i sama ze sobą bawiła się w berka. Po środku jest wielki słup i gonimy się wokół. Tamta druga ja zawsze zna właściwe słowa, lecz ta ja nigdy nie może tej drugiej złapać."
- Haruki Murakami, "Norwegian Wood" 
W dzisiejszy deszczowy, chłodny poranek kolejny raz wybrałam towarzystwo muzyki w drodze z uczelni, kiedy powinnam była podejść do kogoś znajomego, ponarzekać na ilość nauki, porozmawiać o rzeczach nieistotnych, bo na tym polegają relacje międzyludzkie... i trochę mi z tym źle. Myślę, że nie potrafię prowadzić takich rozmów - tych gadek o niczym, z ludźmi, z którymi nawet nie chcę mieć do czynienia. Wszystko mi mówi, że powinnam potrafić. Czasami nawet mi wychodzi. Dziś jednak tak nie było. Miałam jednak czas na to, żeby zgubić się w swoich myślach, a potem nawet  się odnaleźć!
Każdy z nas ma takie dni, kiedy zastanawia się, kim właściwie jest, spogląda w lustro i analizuje każdy szczegół swojej twarzy, rozmyślając przy tym, jakie uczucia wzbudza w innych ludziach. Czy jest tylko częścią szarego tłumu, a może jest ważny dla otoczenia? Czy robi to, co powinien, czy też goni za jakimś niemożliwym do zrealizowania marzeniem, które i tak się nie spełni? Czy powinien zadowolić siebie, czy kogoś innego? I najczęściej dochodzi do wniosku, że nie wie. Prawda jest taka, że nieliczni mają jakiekolwiek pojęcie co robią, nie mają żadnych wątpliwości dotyczących siebie i swojego życia. Wszyscy udajemy pewnych siebie, ale wciąż gdzieś w głębi nas kryje się jakieś wahanie. I wiecie co? Nie ma w tym nic złego. Da się z tym żyć.
W rzeczywistości jest tak, że jednego dnia chcielibyśmy uśmiechać się do całego świata, chodzić w kolorowych ubraniach, przyciągać spojrzenia, a drugiego - po prostu zniknąć. Pokazać swoją pasję światu - ale podrzeć dokładnie karteczkę z pośpiesznie napisanym na kolanie tekstem piosenki czy wierszem, bojąc się reakcji innych. Pragniemy wyjść poza strefę komfortu, jednocześnie odczuwając niepokój przy każdej rozmowie z nieznajomymi. Chodzące sprzeczności. 
Tęsknimy za zrozumieniem, wstydząc się mówić. Wypełniamy nasze relacje słowami lekkimi i słodkimi jak wata cukrowa, bojąc się pokazać to, co siedzi nam w głowach. A przecież każdy ma jakieś coś. I to coś dręczy, gnije gdzieś w głębi, domaga się, żeby o nim mówić, jednocześnie czyniąc z siebie największe tabu. 
Ludzie są śmieszni w swoich staraniach, żeby zawsze wyglądać tak, jakby mieli pod kontrolą każdy, nawet najmniejszy szczegół swojego życia. Weźmy na przykład takie kobiety, które wieczorami płaczą w poczuciu bezradności, a rano zakładają piętnastocentymetrowe szpilki, żeby wyglądać jak pewne siebie. Nakładają na spuchnięte, niewyspane oczy grube warstwy makijażu, próbując wykreować tę perfekcyjną postać, w jaką chcą się codziennie wcielać. Zakładają maskę, udając przed wszystkimi, poza samą sobą. Bo jej nie da się oszukać tak łatwo. A później zastanawiają się, dlaczego są nieszczęśliwe.
Oczywiście, są dni, kiedy te szpilki wkładają z radością, bo mają na to ochotę. I na tym to polega. Żadna roślina nie kwitnie cały rok, nie możemy oczekiwać tego od ludzi. Czasami jesteśmy nie w formie, czasami jesteśmy jak gorsze wersje samych siebie, czasami boimy się i nie dajemy rady tego ukryć. Każdy ma takie dni, kiedy myśli "nie dzisiaj", i zostaje w łóżku (czasem tylko mentalnie, w końcu obowiązki wzywają). Nie ma w tym nic nienormalnego. Tacy jesteśmy. Idealnie nieidealni. 
Często bywa tak, że uświadamiamy sobie to dopiero pod wpływem innych. Maski budujemy latami strachu i niepewności, bo przecież jesteśmy przekonani, że nikt nas nie zaakceptuje - takich słabych, bezsilnych, niedoskonałych. I nadchodzi magiczny moment, kiedy decydujemy się pokazać prawdziwe oblicze, pozbyć się tej idealnej pozy - przypadkiem, bo pojawiają się jakieś emocje, przy których już nie da się niczego udawać. A druga osoba nie znika, tak jak byśmy się spodziewali. Nie tylko nie odchodzi, a wręcz patrzy z zainteresowaniem, zrozumieniem, a często nawet - zachwytem. Bo to nie perfekcyjny wygląd sprawia, że ludzie się do siebie zbliżają. Nie czyni tego siła, brak problemów, ani to, co chcielibyśmy pokazać światu. 
Najbardziej liczy się to, co próbujemy ukryć. I dopiero wtedy da się kogoś naprawdę poznać - kiedy już wiemy, że możemy się otworzyć, podzielić się wszystkim, nawet jakimś pozornie bezsensownym przemyśleniem na dziwny temat, i zostaniemy zaakceptowani. Wpuszczamy tę osobę do swojego świata i z biegiem czasu zdobywa tam stałe miejsce. I okazuje się, że trwające latami przekonanie, że nikt nigdy nie będzie chciał tam przebywać, to zwykłe brednie. Wiecie, co to pokazuje? Nigdy nie jesteśmy tacy źli, jak nam się wydaje. Wystarczy przejrzeć się w oczach tych, którzy się o nas troszczą, którym zależy. Wystarczy uświadomić sobie, że jest się wartym sympatii innych. A może nawet czegoś więcej niż sympatii. Może wszystkiego.
Nie bójmy się być nieidealni, bo ideałów nie ma. Są tylko ludzie, który boją się do tego przyznać.

środa, 15 marca 2017

Koniec świata i przypalone ciasteczka

Dzisiejszy post będzie dziwny. Ale to pewnie zauważycie sami. Otóż - chcę opowiedzieć wam pewną historię.
Pewnego cudownego dnia, w zeszłym tygodniu, złapała mnie niesamowita chandra, którą wyleczyć chciałam - jak to kobiety już lubią leczyć chandrę - słodkościami. Dziękując w duchu postępowi technologicznemu za to, że mogę wygooglować przepis, zanurzyłam się calutka w świat marzeń, szczęścia i ciasteczek, przeglądając kolorowe strony internetowe, pełne zdjęć, które w kategorii walorów estetycznych zakrawają wręcz na gastronomiczną pornografię. Decyzja została podjęta, oto i moja radość - ciasteczka co prawda owsiane, żeby nie przesadzać z tym szczęściem, bo o linię trzeba dbać... ale ciasteczka! Znalazłam przepis, poleciałam niczym uskrzydlona do pobliskiego sklepu, gdzie jak zawsze o tej porze czekała mnie półgodzinna kolejka staruszek. Ze starcia wyszłam zwycięsko, więc zadowolona przytargałam do domu wszystkie składniki (jak miło nie mieszkać już na poddaszu starej kamienicy, ale na parterze, zakupy stały się takie przyjemne!) związałam włosy w coś, co bynajmniej nie przypominało wyrafinowanego koka, a raczej artystyczny nieład (ładnie mówiąc), puściłam po raz setny płytę Young The Giant i zabrałam się do pracy.
I do tego momentu nic nie zapowiadało katastrofy, jaka miała się wydarzyć.
Nieświadoma nadchodzącego upadku pozwoliłam sobie samej na odczuwanie tej satysfakcji, jaką ma się podczas pieczenia czegoś. Ciasteczka to taka mała ucieczka od rzeczywistości, tak łatwo je zrobić, są pyszne i można mieć świadomość, że to mniej straszne słodycze, niż te ze sklepu. Można też przez chwilę poczuć się taką perfekcyjną panią domu, nawet jeśli domem jest pół pokoju wynajmowane w podstarzałym bloku pełnym studentów. Łączenie składników, powolne mieszanie, patrzenie na to, jak ciasto zaczyna mieć kremową konsystencję, zapach czekolady - zawsze mnie to niesamowicie odpręża. Zadowolona z siebie więc uformowałam na blaszce kuleczki, włożyłam moje cudeńka do piekarnika (na temperaturę chybił-trafił, jako, że cyferki zmyły się z pokrętła pewnie jakieś dziesięć lat temu - za przewodnika służy jedna kropeczka, oznaczająca - prawdopodobnie - 50 stopni, chociaż nikt w mieszkaniu nie jest tego pewny). Odczekałam dziesięć wspaniałych minut, wracając na chwilę do pokoju, żeby poćwiczyć akordy z poprzeczkami - które nawet wychodziły, o dziwo! Zagrałam więc jedną piosenkę, żeby poprawić sobie humor jeszcze bardziej, kiedy w kuchni rozchodził się zapach mojej klęski.
I nie chodzi mi tu o woń przypalonego brudu, która uniosła się z piekarnika, kiedy tylko zaczęłam go nagrzewać - przyzwyczaiłam się już od takich niespodzianek pozostawionych przez współlokatorów, takie jest prawo dżungli, nie da się walczyć z nawykami innych, szczególnie jeśli chodzi o sprzątanie - lub jego brak. O nie, to nie było to. Woń czekolady i kokosa zamieniła się w spaleniznę, ponieważ za bardzo uwierzyłam w piekarnik w ustawieniu cholera-wie-ile-stopni. Prawda życiowa - nie ufaj nikomu i niczemu, a zwłaszcza sprzętom kuchennym - lekcja zapamiętana! Akceptując swą klęskę, otworzyłam drzwiczki, tylko po to, żeby dostać w twarz sto razy bardziej intensywną wonią. Niczym przeciwnik One-Punch-Mana, powalony jednym ciosem, poczułam chęć płaczu. Widok był koszmarny. Maleńkie owsiane krążki zmieniły się w rozlane, posklejane węgielki. Twardsze niż najtrwalszy metal, myślę, że nawet piła diamentowa mogłaby mieć problemy z podzieleniem ich na części. Moje zęby na pewno. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Mogłoby wyleczyć miliony kobiet na całym świecie z kulinarnych kompleksów, a najgorszy zakalec wyglądałby przy nim apetycznie. Może jednak to tylko spotęgowałoby to moje męki, przeżywanie tego jeszcze raz, patrząc na fotografię? Nie jestem pewna.
Po dokładniejszej inspekcji okazało się, że moje marzenia spłonęły razem z ciastem. Załkałam cicho nad losem czekolady, która oddała życie na rzecz tego kuchennego kataklizmu. Zasługiwała na lepszy los.
No, a więc z bycia perfekcyjną panią domu - kolokwialnie mówiąc - taki chuj.
Dlaczego piszę o tej kompromitacji, zamiast schować ją na wieki w głąb podświadomości, tak głęboko, że przypomniałabym sobie o niej dopiero za kilka lat, zasypiając - w jednym z tych momentów, kiedy żałujemy upokorzenia związanego z nazwaniem nauczycielki "mamą" w trzeciej klasie? Ano dlatego, że spalone ciasteczka mogą ugodzić w godność kobiety tak dotkliwie, jak niemożność otworzenia słoika, czy też zapytanie o drogę mogą na wieki nadszarpnąć męską dumę. Zatopiłam się więc w tym paśmie niepowodzeń, jakim jest moje życie, tylko po to, żeby znaleźć tam mnóstwo żalu do siebie - o wszystko. Moja apatia nie pozostała niezauważona, co zakończyło się teatralnym wybuchem płaczu, próbą wyjaśnienia, że tak w ogóle to to wszystko przez ciasteczka i wybuchem śmiechu mojego lubego, który nakazał mi opisanie tych codziennych zmagań z życiem. Opisuję więc, pozbywając się w ten sposób tych traumatycznych doświadczeń z mojej głowy.
Bycie kobietą jest trudne. Jak wiele osób już pisało, jesteśmy emocjami. Do tego stopnia, że czasem, zdając sobie sprawę z własnego irracjonalnego zachowania, w odpowiedzi na otaczającą nas rzeczywistość postanawiamy wybuchnąć płaczem. Można i tak. Można też cały dzień leżeć i się załamać, chociaż wie się, że powody są irracjonalne. Można łkać nad losem postaci z książki czy serialu, mając pełną świadomość, że nie istnieją. Można być wredną, chociaż wcale się nie chce, ale nie chce się też być "za dobra" (ach, to znienawidzone przez wszystkich stwierdzenie, tak często pojawiające się w naszych głowach)... 
Albo można wziąć się w garść, spalić ciastka i kupić gotowe w Tesco, jak na silną i niezależną kobietę przystało. Można też zrobić to wszystko na raz. I tydzień później śmiać się z siebie.
Bycie z kobietą też jest trudne - bo jak tu ogarnąć, o co takiej chodzi? Jak zrozumieć takiego kogoś bez zdrowego rozsądku, szczególnie gdy zaczyna płakać i sama nie wie czemu? Sęk w tym, że nie trzeba rozumieć. Wystarczy wspierać w tych zmaganiach z codziennością. I czasami, jak trzeba, delikatnie wyśmiać, albo ojojać, bo ojojane miejsca bolą mniej, przytulić i nie pytać, ani nie próbować zrozumieć - tylko być. Tak po prostu.

PS: Ciasteczka owsiane z Tesco są pyszne. I to nie lokowanie produktu ani reklama. Te z czekoladą, mówię serio, po co kiedykolwiek narażać się na tyle skrajnych emocji przy pieczeniu, skoro można kupić takie dobre? 
PPS: Ale babeczki robię doskonałe. Tego mi nikt nie zabierze!
PPPS (tak można?): To dobra piosenka. Załóżcie słuchawki i posłuchajcie tej piosenki. Nie ma to za wiele wspólnego z opisaną tu tragedią, ale może to i lepiej?