niedziela, 14 maja 2017

Słonecznik

Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy. 
– Éric-Emmanuel Schmitt
Obracam twarz w stronę słońca, niczym słonecznik łaknąc jego promieni, ciepła, chociaż przez chwilę, zanim znów skryje się za warstwą chmur. Niebo wygląda dziś tak pięknie, że ciężko mi oderwać wzrok.
Przesuwający się krajobraz za oknem autobusu, cicha, spokojna melodia w słuchawkach... I świat, który wreszcie wyrwał się z warstw szarości, zadziwiając milionem odcieni zieleni. W takich chwilach żałuję, że nie potrafię malować, bo ten obraz odbija się gdzieś głęboko w podświadomości, w miejscu, w którym zapisuję wszystko to, co piękne, zaraz obok cytatów mojego ukochanego Schmitta czy Wilde'a. Zieleń. Światło. Maleńkie, kolorowe punkciki kwiatów, wyglądające jak plamki farby stawiane pieczołowicie przez malarza - żółte, białe, gdzieniegdzie widać nawet błękit moich ulubionych niezapominajek. Słońce przebija się delikatnie przez warstwy liści, wydobywając z nich cudowne barwy, zaraz po to, by zniknąć za chmurką, całkowicie zmieniając wygląd całego otoczenia. Czuję się prawie tak, jakbym obserwowała jakiś taniec, grę światła i cieni, w której pierwszy raz od kilku miesięcy wygrywa jasność.
Chciałabym częściej zatrzymywać się i dostrzegać takie rzeczy. Piękno momentów, kiedy kąciki ust same się unoszą, bez wyraźnego powodu. Urok tego, co na pierwszy rzut oka jest niedostrzegalne, bo wydaje się zwyczajne. To tak, jakby normalny dzień stał się czymś niezwykłym. Jakbym sama była częścią tego wszystkiego, maleńkim kolorowym punkcikiem na zielonym tle. Jakby w mojej głowie rozkwitły kwiaty.
Na siedzeniu obok mnie spoczywa kapelusz, zaraz obok plecaka pełnego rzeczy i cienkiej kurtki. Ten kapelusz, o którym marzyłam, żeby wreszcie był potrzebny, żebym mogła odginać delikatnie jego rondo, tak, żeby na twarz padało słońce. Ten, na którym chciałam czuć opór wiosennego wiatru, próbującego zerwać go z mojej głowy - i wreszcie to poczułam. To jeden z tych dni, kiedy ciężko mi usiedzieć na miejscu, bo czuję w środku jakąś siłę, która pcha mnie w sam środek tego piękna, każe iść przed siebie i chłonąć ciepło, i z każdym krokiem czuć się lżejsza, jakby problemy zostały gdzieś daleko za mną.
W plecaku mam książkę, nad którą dziś się nie pochylę, chociaż jest niesamowicie ciekawa - bo muszę obserwować, cieszyć się tą chwilą, chociaż to takie bezsensowne, chociaż przecież nie dzieje się nic specjalnego, wracam busem do domu, to dzień jak każdy inny.
To dziwny rodzaj szczęścia, ale czuję się niesamowicie szczęśliwa. 



środa, 10 maja 2017

Odrobina słońca, o nic więcej nie proszę...

Zimno mi, myślę po raz setny w tym tygodniu. A przecież to maj, przecież powinno być pięknie, wiosenne słoneczko powinno denerwować mnie, przywołując na twarz setki piegów, ludzie powinni się uśmiechać, a kwiaty kwitnąć. W maju zdecydowanie nie powinnam z wielkim zdziwieniem obserwować płatków śniegu, rozpływających się na grubym materiale płaszcza, tylko po to, by kilka minut później przerodziły się w ogromne krople deszczu. W maju najbardziej kolorowym elementem otoczenia nie powinna być czerwień wspomnianego okrycia wierzchniego, lecz błękit nieba. Świat staje na głowie i nic nie jest takie, jak powinno.
"There's no sunshine this impossible year 
Only black days and sky grey and clouds full of fear."
Zimno mi, i nie wiem co z tym zrobić, bo taki chłód sprawia, że zimno jest też w środku, nie tylko fizycznie. Bo jak samemu być kolorowym, kiedy świat wypełnia się odcieniami szarości? Próbuję to rozgryźć, ale nie idzie mi za dobrze. Bycie nadwrażliwcem jest o tyle uciążliwe, że takie miesiące jak ten są niesamowicie ciężkie. Brak snu, a potem odsypianie po kilkanaście godzin, niespodziewane zmiany nastrojów, tak nieprzewidywalne jak to, co dzieje się na niebie - słońce, chmury, deszcz, śnieg, błękit nieba, a wszystko to jednego dnia. Dobija mnie to, jak wygląda świat, to, że od tylu miesięcy czekam na ten czas, kiedy będzie można w końcu opuścić mieszkanie bez miliona warstw ubrań, a wyjście z klatki nie będzie wiązać się z przenikliwym zimnem. Czuję się, jakby od pół roku trwał listopad. 
A ja przecież wcale nie chcę tak wiele. Ciepłego wiatru, piegów, których nie cierpię, krótkich sukienek, kapeluszy i lekkich butów. Spoglądania na świat zza szkieł okularów przeciwsłonecznych. Chcę czytania książek na kocyku, wesołej muzyki, która wreszcie zacznie pasować do otoczenia. Otwartych okien i zapachu lata, takiego, który pierwszy raz ma szansę nie kojarzyć się ze smutkiem. Bycia sama, ale z nim obok. Słuchania muzyki, śpiewania w samochodzie, wygłupiania się. Nawet tańca, chociaż przecież nie tańczę. Tworzenia z niedoskonałych chwil idealnych wspomnień, bo perfekcjonizm jest nudny, liczą się uczucia. Nowych doświadczeń. Silnych emocji.
Zabawne, że do tej pory najgorsze momenty mojego życia działy się w letnim słońcu. Zima, taka łaskawa, przynosiła ukojenie wraz z warstewką białego śniegu, uspokajając moje lęki. Wielki kubek herbaty grzał zarówno ręce, jak i serce, a pod kocem można było schować się przed złem tego świata. Wraz z nastaniem ciepła znikały złudzenia. Pojawiała się samotność, wszelkie wątpliwości okazywały się uzasadnione, a lęki prawdziwe. Lato było czasem rozczarowań i leczenia ran, dochodzenia do siebie, szukania swojej drogi. Teraz już ją chyba znalazłam. Teraz może być inaczej. 
Dlatego z takim utęsknieniem wyczekuję ciepła i wszystkiego tego, co ze sobą przyniesie. Możliwości. Szans na to, żeby wreszcie przeżywać, a nie tylko być, bo przecież na tym powinna polegać młodość, prawda?
Chcę spacerów, dni pełnych słońca, zieleni i błękitu, kłębiących się gęstych, białych chmur. Wieczorów, które długo nie zmieniają się w noc, miejsc, w których jeszcze nie byłam, letnich ubrań, wychodzenia bez kurtki. Ciepła dłoni, trzymającej mocno moją, kiedy razem tak jakby spełniamy marzenia. Przygody. Zimnego wina i ciepłych słów.
Chcę, żeby to lato było inne.
A wiecie, co jest najpiękniejsze?
Wiem, że będzie.

środa, 19 kwietnia 2017

A bit of madness is key

Wizja, schowana gdzieś z tyłu głowy, tam, gdzie sama bardzo rzadko się zapuszczam. Przyjemny ciężar w dłoni. Znany, kanciasty kształt. Błyszczący papier okładki. Szorstkie strony, jeszcze pachnące farbą drukarską. Moje nazwisko z przodu.
Marzyciele nie mają za dużych szans w dzisiejszych czasach, prawda?
Do niedawna każdy kolejny dzień sprawiał, że utwierdzałam się w tym przekonaniu. Mimo wszystko - nie umiem stać się realistką, nieważne jak bardzo próbuję. Bo to takie nie w moim stylu.  I myślę tak nawet wtedy, kiedy sama ze sobą muszę walczyć, przekonywać się, że warto trwać przy swojej naturze. Chociaż lepiej byłoby po prostu stać się kimś, kto twardo stąpa po ziemi, a nie co chwilę pozwala myślom uciekać gdzieś daleko. Nie potrafię jednak pozbyć się tej naiwności, która sprawia, że wierzę, że będę czymś więcej, niż tylko kolejnym pionkiem w maszynie tego świata. Im więcej czasu spędzałam czytając o uporządkowanym, hierarchicznym, skierowanym na zbiorowość, a nie jednostkę japońskim społeczeństwie, tym bardziej wiedziałam, że nie mogłabym tak żyć. Że chciałabym czegoś więcej. Nawet, jeśli gonię za niemożliwym.
W Polsce mamy trochę więcej miejsca na indywidualizm, chociaż nie o tym chciałam Ci dziś opowiedzieć, mój drogi czytelniku. Dziś będzie bardzo... osobiście. Jeżeli mnie znasz, to wiesz, że troszkę zmieniłam się w chwili, kiedy opuściłam kinową salę po obejrzeniu "La La Landu". Jeżeli mnie znasz, to wiesz, że zalewałam się łzami po każdym kolejnym seansie (a było ich zbyt wiele!), bo ten film utwierdził mnie w przekonaniu, że warto marzyć. Jeżeli mnie znasz, to wiesz, że poruszona nim jestem do teraz, i że nie potrafię przeżyć dnia bez posłuchania którejś z piosenek chociaż jeden raz. A jeżeli mnie nie znasz, mój kochany czytelniku, to teraz już wiesz o tym wszystkim, jako, że Ci o tym powiedziałam. Wygodnie, prawda?
Do sedna.

W piosence, która złamała mi serce, zmiażdżyła i sprawiła, że wciąż zbieram pogubione w niej kawałeczki siebie, Fools Who Dream, występują magiczne słowa. "A bit of madness is key". Słowa, które jedną z moich ulubionych artystek - Dodie Clark - zainspirowały tak bardzo, że teraz już zawsze będzie miała ich ślad na swojej skórze. I zgadzam się z nimi całym sercem. Bo bez szaleństwa nie ma sztuki, nie ma życia. Bo najlepsze rzeczy powstają z pasji. Zaangażowania. Zapomnienia o całym świecie, żeby oddać się temu, o czym się marzy. Zaszyciu się w swoim świecie, tworząc... i znajdując tam wreszcie swoje miejsce. I nieważne, co to będzie, każdy powinien coś mieć. Cokolwiek, co nada mu sens, co będzie mógł kochać, szczególnie, jeśli kiedyś w swoim życiu miał czas, kiedy tego sensu nie widział. Pomimo tego, że często ta pasja budzi mnóstwo emocji, frustracji. I strachu, tego wszechobecnego strachu. 
I chociaż "La La Land" zawsze sprawia, że zalewam się łzami (nie będę mówić dlaczego, żeby nie spoilerować - ale jeśli jeszcze nie widziałeś tego musicalu, to polecam go z całego serduszka), to i tak za każdym razem kończę seans z przekonaniem, że marzyciele - tak niepasujący do tego świata - jednak nie wzięli się z księżyca. Że czasami im się udaje znaleźć dla siebie miejsce, takie, w którym da się być szczęśliwym, nawet, jeśli nie wszystko potoczyło się tak, jak powinno. Szczególnie wtedy. Że warto robić rzeczy, które mogą skończyć się porażką, bo im bardziej się jej boimy, tym słodsze będzie zwycięstwo. I że robiąc to, co się kocha, nie można się poddawać, nieważne, co będzie się dziać. Bo to szaleństwo, które daje nam siłę, żeby mierzyć wysoko, może - wbrew całemu światu - zaprowadzić nas na sam szczyt.
Myślę, że znalezienie czegoś, co pomaga nam się oderwać od rzeczywistości, jest niesamowicie ważne. Liczy się także odwaga, żeby móc później, kiedy już to odnajdziemy, podążać wciąż za tą słabiutką myślą, że się uda. Bo jak pisał mistrz Bułhakow - "tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!". A więc nieważne, czy kolejną godzinę męczysz się pociągając struny, codziennie zapisujesz swoimi myślami kartki pilnowanego pieczołowicie zeszytu, czy też delikatnymi pociągnięciami pędzla malujesz własny świat - nie przestawaj, mimo tego, że nie wychodzi, mimo tego, że będzie Ci się wydawać, że to strata czasu. I pamiętaj, że w każdym jest trochę szaleństwa, nie ma w tym nic niewłaściwego. Wszyscy się czegoś boimy, po prostu nasze lęki się różnią. I ich powody. Ale z takich "pęknięć" w nas samych powstają najpiękniejsze rzeczy. Ich piękno jest w tym, jak bardzo są szczere i prawdziwe i w tym, jak sprawiają, że człowiek czuje się, jakby był czymś więcej. Jest też w tej satysfakcji, jaką daje sam proces tworzenia, a niekoniecznie sam rezultat. W tym, że rozwijając swoją pasję człowiek nawet nie zauważa, że stał się kimś innym, niż był kiedyś. Po prostu pewnego dnia przyłapuje się na delikatnym uśmiechu i uświadamia sobie, że kocha to, co robi. I że nie wyobraża sobie życia w inny sposób. Taka chwila sama w sobie jest zwycięstwem.
Wizja, schowana gdzieś z tyłu głowy, tam, gdzie sama bardzo rzadko się zapuszczam. Przyjemny ciężar w dłoni. Znany, kanciasty kształt. Błyszczący papier okładki. Szorstkie strony, jeszcze pachnące farbą drukarską. Moje nazwisko z przodu.
Nie, wizja to złe słowo. Cel.
Tak lepiej.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Idealnie nieidealni

Być zamkniętym w sobie i nie umieć się otworzyć - oto jedno z najbardziej irytujących uczuć świata. Mieć w głowie cały wszechświat, do którego nie da się wpuścić innych ludzi. Nawet wtedy, gdy się chce... bo prawda jest taka, że nienawidzę być sama ze swoimi myślami, ale jednocześnie nie potrafię nikomu ich przekazać, nie tak, jakbym chciała. Znajduję słowa, ale niewłaściwe, niewystarczające, nieadekwatne. Czasami czuję się, jakby mój mózg przełączył się na inny język, a ja zbyt pobieżnie przejrzałam słówka, przez co nie mogę sobie przypomnieć, jak coś nazwać. Tylko to, co jest naturalne w mówieniu w obcym języku, wydaje się śmieszne w ojczystym. Marzę o tym, żeby potrafić rozmawiać z ludźmi z taką łatwością, z jaką przychodzi mi pisanie. Ale w ekran - czy na kartkę - łatwiej spojrzeć, niż w oczy. W oczach można zobaczyć zbyt wiele, nawet to, czego by się nie chciało. I to rozprasza.
"Nie umiem wyrazić tego, co bym chciała. Ostatnio ciągle tak jest. Staram się coś powiedzieć, ale do głowy przychodzą mi tylko nieodpowiednie słowa albo całkowicie różne od tych, które mam na myśli. Próbuję sama się poprawić, lecz wychodzi tylko gorzej. Tracę wątek. Tak jakbym była rozszczepiona na dwie i sama ze sobą bawiła się w berka. Po środku jest wielki słup i gonimy się wokół. Tamta druga ja zawsze zna właściwe słowa, lecz ta ja nigdy nie może tej drugiej złapać."
- Haruki Murakami, "Norwegian Wood" 
W dzisiejszy deszczowy, chłodny poranek kolejny raz wybrałam towarzystwo muzyki w drodze z uczelni, kiedy powinnam była podejść do kogoś znajomego, ponarzekać na ilość nauki, porozmawiać o rzeczach nieistotnych, bo na tym polegają relacje międzyludzkie... i trochę mi z tym źle. Myślę, że nie potrafię prowadzić takich rozmów - tych gadek o niczym, z ludźmi, z którymi nawet nie chcę mieć do czynienia. Wszystko mi mówi, że powinnam potrafić. Czasami nawet mi wychodzi. Dziś jednak tak nie było. Miałam jednak czas na to, żeby zgubić się w swoich myślach, a potem nawet  się odnaleźć!
Każdy z nas ma takie dni, kiedy zastanawia się, kim właściwie jest, spogląda w lustro i analizuje każdy szczegół swojej twarzy, rozmyślając przy tym, jakie uczucia wzbudza w innych ludziach. Czy jest tylko częścią szarego tłumu, a może jest ważny dla otoczenia? Czy robi to, co powinien, czy też goni za jakimś niemożliwym do zrealizowania marzeniem, które i tak się nie spełni? Czy powinien zadowolić siebie, czy kogoś innego? I najczęściej dochodzi do wniosku, że nie wie. Prawda jest taka, że nieliczni mają jakiekolwiek pojęcie co robią, nie mają żadnych wątpliwości dotyczących siebie i swojego życia. Wszyscy udajemy pewnych siebie, ale wciąż gdzieś w głębi nas kryje się jakieś wahanie. I wiecie co? Nie ma w tym nic złego. Da się z tym żyć.
W rzeczywistości jest tak, że jednego dnia chcielibyśmy uśmiechać się do całego świata, chodzić w kolorowych ubraniach, przyciągać spojrzenia, a drugiego - po prostu zniknąć. Pokazać swoją pasję światu - ale podrzeć dokładnie karteczkę z pośpiesznie napisanym na kolanie tekstem piosenki czy wierszem, bojąc się reakcji innych. Pragniemy wyjść poza strefę komfortu, jednocześnie odczuwając niepokój przy każdej rozmowie z nieznajomymi. Chodzące sprzeczności. 
Tęsknimy za zrozumieniem, wstydząc się mówić. Wypełniamy nasze relacje słowami lekkimi i słodkimi jak wata cukrowa, bojąc się pokazać to, co siedzi nam w głowach. A przecież każdy ma jakieś coś. I to coś dręczy, gnije gdzieś w głębi, domaga się, żeby o nim mówić, jednocześnie czyniąc z siebie największe tabu. 
Ludzie są śmieszni w swoich staraniach, żeby zawsze wyglądać tak, jakby mieli pod kontrolą każdy, nawet najmniejszy szczegół swojego życia. Weźmy na przykład takie kobiety, które wieczorami płaczą w poczuciu bezradności, a rano zakładają piętnastocentymetrowe szpilki, żeby wyglądać jak pewne siebie. Nakładają na spuchnięte, niewyspane oczy grube warstwy makijażu, próbując wykreować tę perfekcyjną postać, w jaką chcą się codziennie wcielać. Zakładają maskę, udając przed wszystkimi, poza samą sobą. Bo jej nie da się oszukać tak łatwo. A później zastanawiają się, dlaczego są nieszczęśliwe.
Oczywiście, są dni, kiedy te szpilki wkładają z radością, bo mają na to ochotę. I na tym to polega. Żadna roślina nie kwitnie cały rok, nie możemy oczekiwać tego od ludzi. Czasami jesteśmy nie w formie, czasami jesteśmy jak gorsze wersje samych siebie, czasami boimy się i nie dajemy rady tego ukryć. Każdy ma takie dni, kiedy myśli "nie dzisiaj", i zostaje w łóżku (czasem tylko mentalnie, w końcu obowiązki wzywają). Nie ma w tym nic nienormalnego. Tacy jesteśmy. Idealnie nieidealni. 
Często bywa tak, że uświadamiamy sobie to dopiero pod wpływem innych. Maski budujemy latami strachu i niepewności, bo przecież jesteśmy przekonani, że nikt nas nie zaakceptuje - takich słabych, bezsilnych, niedoskonałych. I nadchodzi magiczny moment, kiedy decydujemy się pokazać prawdziwe oblicze, pozbyć się tej idealnej pozy - przypadkiem, bo pojawiają się jakieś emocje, przy których już nie da się niczego udawać. A druga osoba nie znika, tak jak byśmy się spodziewali. Nie tylko nie odchodzi, a wręcz patrzy z zainteresowaniem, zrozumieniem, a często nawet - zachwytem. Bo to nie perfekcyjny wygląd sprawia, że ludzie się do siebie zbliżają. Nie czyni tego siła, brak problemów, ani to, co chcielibyśmy pokazać światu. 
Najbardziej liczy się to, co próbujemy ukryć. I dopiero wtedy da się kogoś naprawdę poznać - kiedy już wiemy, że możemy się otworzyć, podzielić się wszystkim, nawet jakimś pozornie bezsensownym przemyśleniem na dziwny temat, i zostaniemy zaakceptowani. Wpuszczamy tę osobę do swojego świata i z biegiem czasu zdobywa tam stałe miejsce. I okazuje się, że trwające latami przekonanie, że nikt nigdy nie będzie chciał tam przebywać, to zwykłe brednie. Wiecie, co to pokazuje? Nigdy nie jesteśmy tacy źli, jak nam się wydaje. Wystarczy przejrzeć się w oczach tych, którzy się o nas troszczą, którym zależy. Wystarczy uświadomić sobie, że jest się wartym sympatii innych. A może nawet czegoś więcej niż sympatii. Może wszystkiego.
Nie bójmy się być nieidealni, bo ideałów nie ma. Są tylko ludzie, który boją się do tego przyznać.

środa, 15 marca 2017

Koniec świata i przypalone ciasteczka

Dzisiejszy post będzie dziwny. Ale to pewnie zauważycie sami. Otóż - chcę opowiedzieć wam pewną historię.
Pewnego cudownego dnia, w zeszłym tygodniu, złapała mnie niesamowita chandra, którą wyleczyć chciałam - jak to kobiety już lubią leczyć chandrę - słodkościami. Dziękując w duchu postępowi technologicznemu za to, że mogę wygooglować przepis, zanurzyłam się calutka w świat marzeń, szczęścia i ciasteczek, przeglądając kolorowe strony internetowe, pełne zdjęć, które w kategorii walorów estetycznych zakrawają wręcz na gastronomiczną pornografię. Decyzja została podjęta, oto i moja radość - ciasteczka co prawda owsiane, żeby nie przesadzać z tym szczęściem, bo o linię trzeba dbać... ale ciasteczka! Znalazłam przepis, poleciałam niczym uskrzydlona do pobliskiego sklepu, gdzie jak zawsze o tej porze czekała mnie półgodzinna kolejka staruszek. Ze starcia wyszłam zwycięsko, więc zadowolona przytargałam do domu wszystkie składniki (jak miło nie mieszkać już na poddaszu starej kamienicy, ale na parterze, zakupy stały się takie przyjemne!) związałam włosy w coś, co bynajmniej nie przypominało wyrafinowanego koka, a raczej artystyczny nieład (ładnie mówiąc), puściłam po raz setny płytę Young The Giant i zabrałam się do pracy.
I do tego momentu nic nie zapowiadało katastrofy, jaka miała się wydarzyć.
Nieświadoma nadchodzącego upadku pozwoliłam sobie samej na odczuwanie tej satysfakcji, jaką ma się podczas pieczenia czegoś. Ciasteczka to taka mała ucieczka od rzeczywistości, tak łatwo je zrobić, są pyszne i można mieć świadomość, że to mniej straszne słodycze, niż te ze sklepu. Można też przez chwilę poczuć się taką perfekcyjną panią domu, nawet jeśli domem jest pół pokoju wynajmowane w podstarzałym bloku pełnym studentów. Łączenie składników, powolne mieszanie, patrzenie na to, jak ciasto zaczyna mieć kremową konsystencję, zapach czekolady - zawsze mnie to niesamowicie odpręża. Zadowolona z siebie więc uformowałam na blaszce kuleczki, włożyłam moje cudeńka do piekarnika (na temperaturę chybił-trafił, jako, że cyferki zmyły się z pokrętła pewnie jakieś dziesięć lat temu - za przewodnika służy jedna kropeczka, oznaczająca - prawdopodobnie - 50 stopni, chociaż nikt w mieszkaniu nie jest tego pewny). Odczekałam dziesięć wspaniałych minut, wracając na chwilę do pokoju, żeby poćwiczyć akordy z poprzeczkami - które nawet wychodziły, o dziwo! Zagrałam więc jedną piosenkę, żeby poprawić sobie humor jeszcze bardziej, kiedy w kuchni rozchodził się zapach mojej klęski.
I nie chodzi mi tu o woń przypalonego brudu, która uniosła się z piekarnika, kiedy tylko zaczęłam go nagrzewać - przyzwyczaiłam się już od takich niespodzianek pozostawionych przez współlokatorów, takie jest prawo dżungli, nie da się walczyć z nawykami innych, szczególnie jeśli chodzi o sprzątanie - lub jego brak. O nie, to nie było to. Woń czekolady i kokosa zamieniła się w spaleniznę, ponieważ za bardzo uwierzyłam w piekarnik w ustawieniu cholera-wie-ile-stopni. Prawda życiowa - nie ufaj nikomu i niczemu, a zwłaszcza sprzętom kuchennym - lekcja zapamiętana! Akceptując swą klęskę, otworzyłam drzwiczki, tylko po to, żeby dostać w twarz sto razy bardziej intensywną wonią. Niczym przeciwnik One-Punch-Mana, powalony jednym ciosem, poczułam chęć płaczu. Widok był koszmarny. Maleńkie owsiane krążki zmieniły się w rozlane, posklejane węgielki. Twardsze niż najtrwalszy metal, myślę, że nawet piła diamentowa mogłaby mieć problemy z podzieleniem ich na części. Moje zęby na pewno. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Mogłoby wyleczyć miliony kobiet na całym świecie z kulinarnych kompleksów, a najgorszy zakalec wyglądałby przy nim apetycznie. Może jednak to tylko spotęgowałoby to moje męki, przeżywanie tego jeszcze raz, patrząc na fotografię? Nie jestem pewna.
Po dokładniejszej inspekcji okazało się, że moje marzenia spłonęły razem z ciastem. Załkałam cicho nad losem czekolady, która oddała życie na rzecz tego kuchennego kataklizmu. Zasługiwała na lepszy los.
No, a więc z bycia perfekcyjną panią domu - kolokwialnie mówiąc - taki chuj.
Dlaczego piszę o tej kompromitacji, zamiast schować ją na wieki w głąb podświadomości, tak głęboko, że przypomniałabym sobie o niej dopiero za kilka lat, zasypiając - w jednym z tych momentów, kiedy żałujemy upokorzenia związanego z nazwaniem nauczycielki "mamą" w trzeciej klasie? Ano dlatego, że spalone ciasteczka mogą ugodzić w godność kobiety tak dotkliwie, jak niemożność otworzenia słoika, czy też zapytanie o drogę mogą na wieki nadszarpnąć męską dumę. Zatopiłam się więc w tym paśmie niepowodzeń, jakim jest moje życie, tylko po to, żeby znaleźć tam mnóstwo żalu do siebie - o wszystko. Moja apatia nie pozostała niezauważona, co zakończyło się teatralnym wybuchem płaczu, próbą wyjaśnienia, że tak w ogóle to to wszystko przez ciasteczka i wybuchem śmiechu mojego lubego, który nakazał mi opisanie tych codziennych zmagań z życiem. Opisuję więc, pozbywając się w ten sposób tych traumatycznych doświadczeń z mojej głowy.
Bycie kobietą jest trudne. Jak wiele osób już pisało, jesteśmy emocjami. Do tego stopnia, że czasem, zdając sobie sprawę z własnego irracjonalnego zachowania, w odpowiedzi na otaczającą nas rzeczywistość postanawiamy wybuchnąć płaczem. Można i tak. Można też cały dzień leżeć i się załamać, chociaż wie się, że powody są irracjonalne. Można łkać nad losem postaci z książki czy serialu, mając pełną świadomość, że nie istnieją. Można być wredną, chociaż wcale się nie chce, ale nie chce się też być "za dobra" (ach, to znienawidzone przez wszystkich stwierdzenie, tak często pojawiające się w naszych głowach)... 
Albo można wziąć się w garść, spalić ciastka i kupić gotowe w Tesco, jak na silną i niezależną kobietę przystało. Można też zrobić to wszystko na raz. I tydzień później śmiać się z siebie.
Bycie z kobietą też jest trudne - bo jak tu ogarnąć, o co takiej chodzi? Jak zrozumieć takiego kogoś bez zdrowego rozsądku, szczególnie gdy zaczyna płakać i sama nie wie czemu? Sęk w tym, że nie trzeba rozumieć. Wystarczy wspierać w tych zmaganiach z codziennością. I czasami, jak trzeba, delikatnie wyśmiać, albo ojojać, bo ojojane miejsca bolą mniej, przytulić i nie pytać, ani nie próbować zrozumieć - tylko być. Tak po prostu.

PS: Ciasteczka owsiane z Tesco są pyszne. I to nie lokowanie produktu ani reklama. Te z czekoladą, mówię serio, po co kiedykolwiek narażać się na tyle skrajnych emocji przy pieczeniu, skoro można kupić takie dobre? 
PPS: Ale babeczki robię doskonałe. Tego mi nikt nie zabierze!
PPPS (tak można?): To dobra piosenka. Załóżcie słuchawki i posłuchajcie tej piosenki. Nie ma to za wiele wspólnego z opisaną tu tragedią, ale może to i lepiej?

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Niepewność

Najgorsza jest niepewność.
Nie smutek, nie rozpacz, apatia czy żal. Już nawet nie rozczarowanie. Wielu osobom może się to wydać dziwne, ale bezradność związana z tym, że nie wiemy jak rozwiązać problemy jest według mnie gorsza niż to uczucie, kiedy straciliśmy już wszystko.
Bo kiedy coś tracimy, to życie nieubłaganie leci dalej. Świat trwa i narzuca nam swoje tempo. Nawet kiedy wszytko nam jedno, czas upływa, pomimo tego, że my stoimy w miejscu. Łatwo wtedy wstać, mechanicznie robić, co trzeba. Codziennie mocniej stawać na nogi. Podejmować decyzje, wprowadzać zmiany. Kiedy nie masz już nic do stracenia, możesz iść tylko naprzód.
Najgorsze jest czekanie na coś, co prawdopodobnie nigdy się nie wydarzy. Trwanie w czymś. Oczekiwanie decyzji, która nie zależy od nas. Presja. Bezsilność. To ten moment niepewności, która wisi w powietrzu przed jakimś ważnym wydarzeniem. I czujesz, że ta sytuacja rozwiąże się w jakiś sposób, niedługo, że to kwestia czasu, ale i tak nie możesz pozbyć się wrażenia, że wszystko co masz jest kruche, a wydarzy się to, czego się boisz. I ta świadomość jest strasznie niszcząca, jeśli ją do siebie dopuścisz. Tylko, że każdy ma chwile słabości i nieustanne odpychanie od siebie złych myśli jest niemożliwe.
Jako osoba z dużymi problemami z radzeniem sobie ze stresem, instynktownie wybrałabym nawet złą sytuację, byle jasną, żeby tylko pozbyć się tego napięcia. No właśnie - instynktownie. Całe szczęście z odruchami można walczyć, tłumaczyć sobie, że nasza pierwsza myśl niekoniecznie jest tą odpowiednią. Nie pozwolić sobie zgubić nadziei, że jednak rzeczy potoczą się tak, jakbyśmy chcieli. Zabójczej - bo to trochę niebezpieczna rzecz, jako, że tak często przychodzi po niej rozczarowanie. A jednak, bez niej jest za ciężko, żeby całkowicie odciąć się od tego cichutkiego głosiku w głowie, mówiącego "a co, jeśli się uda?" - pojawiającego się zresztą niemal tak często jak jego głośniejszy przeciwnik, siejący wątpliwości na każdym kroku strach. Niemal tak często, tylko delikatniej, słabiej, bo nadzieja dusi się przytłoczona lękami. Taka znienawidzona i kochana jednocześnie. Motywująca i przerażająca. Dziwna rzecz, ta nadzieja. Nie wiadomo, czy bezpieczniej jest nie wierzyć i się nie rozczarować (tylko jak, kiedy emocje rozrywają klatkę piersiową w nocy, a myśl, że się uda jest taka ekscytująca?) czy też dać się ponieść i później znowu cierpieć, przeklinając swoją własną głupotę.


Najgorsze jest, kiedy sam już nie wiesz, w jakim kierunku zmierzasz. Kiedy strach sprawia, że chcesz się wycofać, ale nadzieja każe wierzyć, że warto próbować, warto narażać się na ten cholerny smutek i zranienie... bo gdy te dwa uczucia się spotykają, to człowiek jest strasznie zagubiony. Czasem przeklinam siebie za bycie zbyt upartą, zbyt łatwowierną i zbyt podatną na to wszystko, co dzieje się wokół. Bo życie jest chyba łatwiejsze, jeśli się nie przejmujesz, tylko jak nie przejmować się rzeczami tak dla nas ważnymi? Jak powiedzieć sobie, że czas rozwiąże problemy, kiedy dni mijają, a nic się nie zmienia? Jak wyłączyć myślenie? I co najważniejsze - czy życie powinno się tak przeczekiwać? Biernie siedzieć i ignorować to, że w środku wszystko krzyczy, pragnie zmiany, że niecierpliwie wyrywa się do rzeczy nowych, innych, nawet wtedy, kiedy się boisz? Jakkolwiek wygodne by to nie było, to ja chyba tak nie potrafię. I nie wiem, czy chciałabym potrafić. Dlatego właśnie ta niepewność męczy mnie najbardziej ze wszystkich emocji, jakie odczuwam, od lat odbierając mi zdolność spokojnego zasypiania. Ale to nic. Bo chyba lepiej czuć cokolwiek, niż być pustym.
"Najlepszą metodą, by nie dać złamać sobie serca, jest udawanie że go nie masz.", przeczytałam dziś rano podczas rutynowego przeglądania zupy przy kubku gorącej kawy, która miała zastąpić godziny spędzone na bezsennym szamotaniu się w pościeli. I nieważne jak bardzo zgadzam się z tą logiką, nieważne, że to pewnie wygodne i działa, nieważne, jak bardzo chciałabym tak zrobić - nie jestem w stanie. Bo może innych ludzi da się nabrać, ale czy udając, że nie ma się serca, da się oszukać samego siebie? Da się pozbyć myśli, emocji, tego, że to serce jest - i czuje? Da się je uśpić i wmówić sobie, że tak jest lepiej, ignorując pragnienia i marzenia? Często zastanawiam się czy ta moja nadmierna wrażliwość to błogosławieństwo, czy przekleństwo. Często myślę, czy byłabym szczęśliwa, gdybym obudziła się któregoś dnia bez tego natłoku rozmyślań i emocji, z którym powoli uczę się żyć w zgodzie. Tylko czy to wciąż byłabym ja?
Ostatnio przekonałam się, że takich delikatnych ludzi jest więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka - tylko wszyscy kryją swoją kruchość za maskami silnych i pewnych siebie. Przecież tak ciężko się otworzyć przed kimś i pokazać prawdziwą naturę. Sama robię tak zdecydowanie za często, udając kogoś, kim nie jestem i nawet nie chcę być. Po co? Bo niestety, coraz częściej wmawiamy sobie, że dla takich emocjonalnych ludzi nie ma miejsca w dzisiejszym społeczeństwie, a żeby coś osiągnąć, trzeba być skurwielem bez uczuć. Od życia i innych spodziewamy się najgorszego, zamiast uwierzyć, że dla odmiany może przytrafić nam się coś dobrego. I boli mnie to, że im bardziej zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, tym ciężej mi coś z tym zrobić, poza takim naiwnym próbowaniem być sobą, które pewnie nic nie da.
Najgorsza jest niepewność.
Jeszcze gorsze jest to, jak łatwo się jej poddajemy.