poniedziałek, 3 lipca 2017

Własna droga

Spokojne, letnie popołudnie, jedno z tych, kiedy promienie słońca leniwie wpadają przez uchylone okno, a błękit nieba sprawia, że jest jakoś lżej na duchu. Delikatny uśmiech, który nie chce zejść z twarzy. Miodowy posmak mojego ulubionego piwa na języku, jakimś cudem było tym razem w sklepie. Słuchawki, z których dobiega melodia ulubionej ostatnimi czasy piosenki, zapętlonej kolejny dzień z rzędu. Obok łóżka kolejna książka, w lekturę której uciekam od wszystkiego. I ten spokój, tam w środku. Wszystkie uczucia jakby przycichły, cudowna jasność umysłu.
Odpoczynek. Nareszcie.
I chociaż wiem, że ta słodka bezczynność niedługo zmieni się w codzienne godziny spędzone w pracy, nie przeszkadza mi to. Napawam się tym momentem, niemal beztrosko przebywając w miejscu, do którego dostęp mam tylko ja, gdzieś głęboko we własnym umyśle. I w tym momencie nie mogę sobie wyobrazić tego, by ten dzień stał się bardziej idealny. Takie chwile kompletnego spokoju zdarzają mi się niezwykle rzadko.
Ostatnio przeszło mi przez myśl, że chyba jestem zbyt rozsądna, za mało imprezowa i kiedyś będę tego żałować, bo mam 21 lat i kiedy będzie czas na szaleństwo, jeśli nie teraz? Tyle razy to słyszałam i miałam do siebie pretensje, bo czułam, że coś tracę. Ale coraz częściej uświadamiam sobie, że po prostu tego nie potrzebuję. Może nie wszyscy muszą przeżywać imprezy do samego rana, marznąć przy wschodzie słońca, wdychać zapach dymu z ogniska. W tych nielicznych momentach, gdy zdarzały mi się takie sytuacje, marzyłam o tym, by się skończyły. Bycie introwertykiem wiąże się z pogodzeniem się, że spokojne czytanie książek, popijając herbatę, też może być sposobem na spędzenie młodości. Nawet, kiedy słyszę, że za bardzo spieszy mi się do dorosłości, to jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie potrafię inaczej. Od tłumu tańczących ludzi wolę szczere rozmowy do rana, i chociaż długo miałam to sobie w jakiś sposób za złe, to ostatnio pomyślałam, że przecież nie ma w tym niczego złego. Introwertycy zamiast ilości interakcji stawiają na jakość, i chociaż dużo brakuje mi do fobii społecznej i lubię przebywać wśród ludzi, to potrzebuję też czasu ze sobą.
Młodzi ludzie często mają w głowie wizję tego, jacy powinni być - sukcesywnie tworzoną przez otoczenie, najbliższych, znajomych, nawet media czy popkulturę. Wokół widzimy obraz świata pełnego zabawy, mieniącego się kolorami, radosnego, jakby tylko na wyciągnięcie ręki... i za wszelką cenę chcemy do niego należeć, często wbrew sobie, bo tak wypada. W rzeczywistości to wszystko wcale nie musi prowadzić do szczęścia. W pewnej książce, którą ostatnio czytałam, jeden z japońskich psychiatrów określił nasze pragnienia jako generowane przez to, czego chcą inni - ponieważ ludzie boją się odstawać od reszty. Głupi przykład, wszyscy nastolatkowie bawiący się fidget spinnerami, kult iPhone'ów czy instagramowe zdjęcia z popularnych miejsc. I fakt, to może być przyjemne, ma się w końcu poczucie przynależności i bycia "na czasie". Tylko, że moim zdaniem realizacja takich "pragnień" nie przyniesie nam radości, jeśli nie poszukamy własnej drogi. Dla mnie była to muzyka, tworząc ją zaczęłam czuć się tak, jakbym wreszcie znalazła to, co przywołuje szczery uśmiech na moją twarz, nieważne jak bardzo frustruję się, kiedy coś mi nie wychodzi, często kolejną godzinę z rzędu. I dopiero wtedy przyszło takie poczucie, że jestem tam, gdzie chcę być. Nie czuję tego w otoczeniu zgiełku, tłumu znajomych, czy świateł nocnego miasta, chociaż wiem, że dla niektórych to to właśnie jest młodość. Akceptuję to. Nie godzę się jedynie z faktem, że niezwykle często próbują wmówić innym, że bez tego się nie da.
Bo się da. Bo może ja lubię być rozsądna. Lubię spędzać czas w wąskim gronie, z ludźmi, przy których nie wstydzę się własnych myśli. Wolę to, niż te wszystkie imprezy, które omijają mnie, może trochę z własnej woli. Taka izolacja, spokój, sprawia, że łatwiej mi żyć. Może to kiedyś się zmieni, nie wiem - nie mogę wiedzieć. Znam siebie na tyle, żeby jedynie przypuszczać, że tak się nie stanie. Wiem inną rzecz.
Nie ma jednej właściwej drogi i próba sprostania oczekiwaniom otoczenia, nawet tych, których naprawdę nie chcemy zawieść, praktycznie zawsze zakończy się porażką. Ludzie wokół mają milion pomysłów i uwag o tym, jak lepiej wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy tylko coś zmienili - ba, z wielką chęcią się nimi dzielą - ale prawda jest taka, że nic nie wiedzą. Tylko Ty wiesz, co naprawdę Cię uszczęśliwia, co sprawia, że nie możesz powstrzymać uśmiechu. Perspektywa czego wyciąga Cię rano z łóżka, wprawia w ekscytację. I to, jak widzą Cię inni nie ma przecież z tym zupełnie nic wspólnego. Studia, praca, rodzina, dzieci, to wszystko traci na znaczeniu, jeżeli tego nie chcesz. Bo kto ma być zadowolony z Twojego życia, jeśli nie Ty sam?
Nie bójmy się iść własną drogą, bo jeśli poddamy się lękom, presji otoczenia, to może okazać się, że za dwadzieścia lat nie zostanie nam nic poza rozczarowaniem.
A to wcale nie brzmi jak przyjemna perspektywa.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz