środa, 15 marca 2017

Koniec świata i przypalone ciasteczka

Dzisiejszy post będzie dziwny. Ale to pewnie zauważycie sami. Otóż - chcę opowiedzieć wam pewną historię.
Pewnego cudownego dnia, w zeszłym tygodniu, złapała mnie niesamowita chandra, którą wyleczyć chciałam - jak to kobiety już lubią leczyć chandrę - słodkościami. Dziękując w duchu postępowi technologicznemu za to, że mogę wygooglować przepis, zanurzyłam się calutka w świat marzeń, szczęścia i ciasteczek, przeglądając kolorowe strony internetowe, pełne zdjęć, które w kategorii walorów estetycznych zakrawają wręcz na gastronomiczną pornografię. Decyzja została podjęta, oto i moja radość - ciasteczka co prawda owsiane, żeby nie przesadzać z tym szczęściem, bo o linię trzeba dbać... ale ciasteczka! Znalazłam przepis, poleciałam niczym uskrzydlona do pobliskiego sklepu, gdzie jak zawsze o tej porze czekała mnie półgodzinna kolejka staruszek. Ze starcia wyszłam zwycięsko, więc zadowolona przytargałam do domu wszystkie składniki (jak miło nie mieszkać już na poddaszu starej kamienicy, ale na parterze, zakupy stały się takie przyjemne!) związałam włosy w coś, co bynajmniej nie przypominało wyrafinowanego koka, a raczej artystyczny nieład (ładnie mówiąc), puściłam po raz setny płytę Young The Giant i zabrałam się do pracy.
I do tego momentu nic nie zapowiadało katastrofy, jaka miała się wydarzyć.
Nieświadoma nadchodzącego upadku pozwoliłam sobie samej na odczuwanie tej satysfakcji, jaką ma się podczas pieczenia czegoś. Ciasteczka to taka mała ucieczka od rzeczywistości, tak łatwo je zrobić, są pyszne i można mieć świadomość, że to mniej straszne słodycze, niż te ze sklepu. Można też przez chwilę poczuć się taką perfekcyjną panią domu, nawet jeśli domem jest pół pokoju wynajmowane w podstarzałym bloku pełnym studentów. Łączenie składników, powolne mieszanie, patrzenie na to, jak ciasto zaczyna mieć kremową konsystencję, zapach czekolady - zawsze mnie to niesamowicie odpręża. Zadowolona z siebie więc uformowałam na blaszce kuleczki, włożyłam moje cudeńka do piekarnika (na temperaturę chybił-trafił, jako, że cyferki zmyły się z pokrętła pewnie jakieś dziesięć lat temu - za przewodnika służy jedna kropeczka, oznaczająca - prawdopodobnie - 50 stopni, chociaż nikt w mieszkaniu nie jest tego pewny). Odczekałam dziesięć wspaniałych minut, wracając na chwilę do pokoju, żeby poćwiczyć akordy z poprzeczkami - które nawet wychodziły, o dziwo! Zagrałam więc jedną piosenkę, żeby poprawić sobie humor jeszcze bardziej, kiedy w kuchni rozchodził się zapach mojej klęski.
I nie chodzi mi tu o woń przypalonego brudu, która uniosła się z piekarnika, kiedy tylko zaczęłam go nagrzewać - przyzwyczaiłam się już od takich niespodzianek pozostawionych przez współlokatorów, takie jest prawo dżungli, nie da się walczyć z nawykami innych, szczególnie jeśli chodzi o sprzątanie - lub jego brak. O nie, to nie było to. Woń czekolady i kokosa zamieniła się w spaleniznę, ponieważ za bardzo uwierzyłam w piekarnik w ustawieniu cholera-wie-ile-stopni. Prawda życiowa - nie ufaj nikomu i niczemu, a zwłaszcza sprzętom kuchennym - lekcja zapamiętana! Akceptując swą klęskę, otworzyłam drzwiczki, tylko po to, żeby dostać w twarz sto razy bardziej intensywną wonią. Niczym przeciwnik One-Punch-Mana, powalony jednym ciosem, poczułam chęć płaczu. Widok był koszmarny. Maleńkie owsiane krążki zmieniły się w rozlane, posklejane węgielki. Twardsze niż najtrwalszy metal, myślę, że nawet piła diamentowa mogłaby mieć problemy z podzieleniem ich na części. Moje zęby na pewno. Aż żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Mogłoby wyleczyć miliony kobiet na całym świecie z kulinarnych kompleksów, a najgorszy zakalec wyglądałby przy nim apetycznie. Może jednak to tylko spotęgowałoby to moje męki, przeżywanie tego jeszcze raz, patrząc na fotografię? Nie jestem pewna.
Po dokładniejszej inspekcji okazało się, że moje marzenia spłonęły razem z ciastem. Załkałam cicho nad losem czekolady, która oddała życie na rzecz tego kuchennego kataklizmu. Zasługiwała na lepszy los.
No, a więc z bycia perfekcyjną panią domu - kolokwialnie mówiąc - taki chuj.
Dlaczego piszę o tej kompromitacji, zamiast schować ją na wieki w głąb podświadomości, tak głęboko, że przypomniałabym sobie o niej dopiero za kilka lat, zasypiając - w jednym z tych momentów, kiedy żałujemy upokorzenia związanego z nazwaniem nauczycielki "mamą" w trzeciej klasie? Ano dlatego, że spalone ciasteczka mogą ugodzić w godność kobiety tak dotkliwie, jak niemożność otworzenia słoika, czy też zapytanie o drogę mogą na wieki nadszarpnąć męską dumę. Zatopiłam się więc w tym paśmie niepowodzeń, jakim jest moje życie, tylko po to, żeby znaleźć tam mnóstwo żalu do siebie - o wszystko. Moja apatia nie pozostała niezauważona, co zakończyło się teatralnym wybuchem płaczu, próbą wyjaśnienia, że tak w ogóle to to wszystko przez ciasteczka i wybuchem śmiechu mojego lubego, który nakazał mi opisanie tych codziennych zmagań z życiem. Opisuję więc, pozbywając się w ten sposób tych traumatycznych doświadczeń z mojej głowy.
Bycie kobietą jest trudne. Jak wiele osób już pisało, jesteśmy emocjami. Do tego stopnia, że czasem, zdając sobie sprawę z własnego irracjonalnego zachowania, w odpowiedzi na otaczającą nas rzeczywistość postanawiamy wybuchnąć płaczem. Można i tak. Można też cały dzień leżeć i się załamać, chociaż wie się, że powody są irracjonalne. Można łkać nad losem postaci z książki czy serialu, mając pełną świadomość, że nie istnieją. Można być wredną, chociaż wcale się nie chce, ale nie chce się też być "za dobra" (ach, to znienawidzone przez wszystkich stwierdzenie, tak często pojawiające się w naszych głowach)... 
Albo można wziąć się w garść, spalić ciastka i kupić gotowe w Tesco, jak na silną i niezależną kobietę przystało. Można też zrobić to wszystko na raz. I tydzień później śmiać się z siebie.
Bycie z kobietą też jest trudne - bo jak tu ogarnąć, o co takiej chodzi? Jak zrozumieć takiego kogoś bez zdrowego rozsądku, szczególnie gdy zaczyna płakać i sama nie wie czemu? Sęk w tym, że nie trzeba rozumieć. Wystarczy wspierać w tych zmaganiach z codziennością. I czasami, jak trzeba, delikatnie wyśmiać, albo ojojać, bo ojojane miejsca bolą mniej, przytulić i nie pytać, ani nie próbować zrozumieć - tylko być. Tak po prostu.

PS: Ciasteczka owsiane z Tesco są pyszne. I to nie lokowanie produktu ani reklama. Te z czekoladą, mówię serio, po co kiedykolwiek narażać się na tyle skrajnych emocji przy pieczeniu, skoro można kupić takie dobre? 
PPS: Ale babeczki robię doskonałe. Tego mi nikt nie zabierze!
PPPS (tak można?): To dobra piosenka. Załóżcie słuchawki i posłuchajcie tej piosenki. Nie ma to za wiele wspólnego z opisaną tu tragedią, ale może to i lepiej?

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Niepewność

Najgorsza jest niepewność.
Nie smutek, nie rozpacz, apatia czy żal. Już nawet nie rozczarowanie. Wielu osobom może się to wydać dziwne, ale bezradność związana z tym, że nie wiemy jak rozwiązać problemy jest według mnie gorsza niż to uczucie, kiedy straciliśmy już wszystko.
Bo kiedy coś tracimy, to życie nieubłaganie leci dalej. Świat trwa i narzuca nam swoje tempo. Nawet kiedy wszytko nam jedno, czas upływa, pomimo tego, że my stoimy w miejscu. Łatwo wtedy wstać, mechanicznie robić, co trzeba. Codziennie mocniej stawać na nogi. Podejmować decyzje, wprowadzać zmiany. Kiedy nie masz już nic do stracenia, możesz iść tylko naprzód.
Najgorsze jest czekanie na coś, co prawdopodobnie nigdy się nie wydarzy. Trwanie w czymś. Oczekiwanie decyzji, która nie zależy od nas. Presja. Bezsilność. To ten moment niepewności, która wisi w powietrzu przed jakimś ważnym wydarzeniem. I czujesz, że ta sytuacja rozwiąże się w jakiś sposób, niedługo, że to kwestia czasu, ale i tak nie możesz pozbyć się wrażenia, że wszystko co masz jest kruche, a wydarzy się to, czego się boisz. I ta świadomość jest strasznie niszcząca, jeśli ją do siebie dopuścisz. Tylko, że każdy ma chwile słabości i nieustanne odpychanie od siebie złych myśli jest niemożliwe.
Jako osoba z dużymi problemami z radzeniem sobie ze stresem, instynktownie wybrałabym nawet złą sytuację, byle jasną, żeby tylko pozbyć się tego napięcia. No właśnie - instynktownie. Całe szczęście z odruchami można walczyć, tłumaczyć sobie, że nasza pierwsza myśl niekoniecznie jest tą odpowiednią. Nie pozwolić sobie zgubić nadziei, że jednak rzeczy potoczą się tak, jakbyśmy chcieli. Zabójczej - bo to trochę niebezpieczna rzecz, jako, że tak często przychodzi po niej rozczarowanie. A jednak, bez niej jest za ciężko, żeby całkowicie odciąć się od tego cichutkiego głosiku w głowie, mówiącego "a co, jeśli się uda?" - pojawiającego się zresztą niemal tak często jak jego głośniejszy przeciwnik, siejący wątpliwości na każdym kroku strach. Niemal tak często, tylko delikatniej, słabiej, bo nadzieja dusi się przytłoczona lękami. Taka znienawidzona i kochana jednocześnie. Motywująca i przerażająca. Dziwna rzecz, ta nadzieja. Nie wiadomo, czy bezpieczniej jest nie wierzyć i się nie rozczarować (tylko jak, kiedy emocje rozrywają klatkę piersiową w nocy, a myśl, że się uda jest taka ekscytująca?) czy też dać się ponieść i później znowu cierpieć, przeklinając swoją własną głupotę.


Najgorsze jest, kiedy sam już nie wiesz, w jakim kierunku zmierzasz. Kiedy strach sprawia, że chcesz się wycofać, ale nadzieja każe wierzyć, że warto próbować, warto narażać się na ten cholerny smutek i zranienie... bo gdy te dwa uczucia się spotykają, to człowiek jest strasznie zagubiony. Czasem przeklinam siebie za bycie zbyt upartą, zbyt łatwowierną i zbyt podatną na to wszystko, co dzieje się wokół. Bo życie jest chyba łatwiejsze, jeśli się nie przejmujesz, tylko jak nie przejmować się rzeczami tak dla nas ważnymi? Jak powiedzieć sobie, że czas rozwiąże problemy, kiedy dni mijają, a nic się nie zmienia? Jak wyłączyć myślenie? I co najważniejsze - czy życie powinno się tak przeczekiwać? Biernie siedzieć i ignorować to, że w środku wszystko krzyczy, pragnie zmiany, że niecierpliwie wyrywa się do rzeczy nowych, innych, nawet wtedy, kiedy się boisz? Jakkolwiek wygodne by to nie było, to ja chyba tak nie potrafię. I nie wiem, czy chciałabym potrafić. Dlatego właśnie ta niepewność męczy mnie najbardziej ze wszystkich emocji, jakie odczuwam, od lat odbierając mi zdolność spokojnego zasypiania. Ale to nic. Bo chyba lepiej czuć cokolwiek, niż być pustym.
"Najlepszą metodą, by nie dać złamać sobie serca, jest udawanie że go nie masz.", przeczytałam dziś rano podczas rutynowego przeglądania zupy przy kubku gorącej kawy, która miała zastąpić godziny spędzone na bezsennym szamotaniu się w pościeli. I nieważne jak bardzo zgadzam się z tą logiką, nieważne, że to pewnie wygodne i działa, nieważne, jak bardzo chciałabym tak zrobić - nie jestem w stanie. Bo może innych ludzi da się nabrać, ale czy udając, że nie ma się serca, da się oszukać samego siebie? Da się pozbyć myśli, emocji, tego, że to serce jest - i czuje? Da się je uśpić i wmówić sobie, że tak jest lepiej, ignorując pragnienia i marzenia? Często zastanawiam się czy ta moja nadmierna wrażliwość to błogosławieństwo, czy przekleństwo. Często myślę, czy byłabym szczęśliwa, gdybym obudziła się któregoś dnia bez tego natłoku rozmyślań i emocji, z którym powoli uczę się żyć w zgodzie. Tylko czy to wciąż byłabym ja?
Ostatnio przekonałam się, że takich delikatnych ludzi jest więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka - tylko wszyscy kryją swoją kruchość za maskami silnych i pewnych siebie. Przecież tak ciężko się otworzyć przed kimś i pokazać prawdziwą naturę. Sama robię tak zdecydowanie za często, udając kogoś, kim nie jestem i nawet nie chcę być. Po co? Bo niestety, coraz częściej wmawiamy sobie, że dla takich emocjonalnych ludzi nie ma miejsca w dzisiejszym społeczeństwie, a żeby coś osiągnąć, trzeba być skurwielem bez uczuć. Od życia i innych spodziewamy się najgorszego, zamiast uwierzyć, że dla odmiany może przytrafić nam się coś dobrego. I boli mnie to, że im bardziej zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę, tym ciężej mi coś z tym zrobić, poza takim naiwnym próbowaniem być sobą, które pewnie nic nie da.
Najgorsza jest niepewność.
Jeszcze gorsze jest to, jak łatwo się jej poddajemy.

sobota, 24 grudnia 2016

Dlaczego nienawidzę świąt? / Dlaczego kocham święta?

Święta. Czas magii, uroczej atmosfery, tandetnych piosenek, które wszyscy kochamy (tylko nie każdy się do tego przyznaje!), pomarańczy, pierniczków i jedzenia zdecydowanie za dużej ilości słodyczy. Co roku jak dziecko oczekuję ich nadejścia, jedynie po to, żeby uświadomić sobie, że mieszkanie samemu jest... łatwiejsze? Tak, to dobre słowo. Łatwiejsze, niż przebywanie z rodziną.
Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę ich wszystkich strasznie kocham - po prostu im jest się starszym, tym mniej zostaje z magicznej atmosfery, a więcej - spięć, stresów, niepotrzebnych dyskusji i męczących sytuacji. Stare porzekadło mówi, że nikt nie potrafi dopiec nam tak, jak najbliżsi.
I coś w tym jest.
Tęsknimy za domem tylko po to, żeby kiedy przyjdzie co do czego, marzyć o powrocie do normalnego trybu życia. Wydaje mi się, że ludzie zgubili sens tego wszystkiego gdzieś pomiędzy nerwowymi zakupami i godzinnymi kolejkami w supermarketach, a gorączkowym zastanawianiem się, co powiedzieć przy opłatku cioci X, która zdecydowała się jednak przyjechać na wigilię. Magię świąt czujemy oglądając Kevina (albo Love Actually, w moim przypadku), a potem wracamy do irytowania się nawzajem i narzekania, jak wiele pracy kosztowało przygotowanie tych wszystkich potraw ("- Mamo, pomóc jakoś? - Nie nie, jak będzie trzeba to Cię zawołam"..."Nikt mi nie pomaga!". Albo do nerwowego przeglądania rzeczy, które zadano nam na święta, mówiąc sobie, że jutro, bo dzisiaj przecież jest czas odpoczynku... i nie odpoczywając ani trochę, jako że zirytował nas znienawidzony członek rodziny, robiąc komentarz w stylu "przytyłaś/ schudłaś/ o, a Ty znowu sama?/ życzę Ci miłości i żebyś w kolejne święta przyprowadziła wreszcie jakiegoś kawalera/ a co Ty właściwie robisz na tych studiach?/ inne (niepotrzebne skreślić)". A wszystko to obok corocznej dyskusji na tematy polityczne, wśród krzyków dzieci i udawanej radości z nieprzemyślanych prezentów kupionych często "na odwal się", które na nic nam się nie przydają. Tak. Święta to zdecydowanie magiczny czas.
Smutno mi, że wielu z nas tak do tego podchodzi. Ja sama po takim wyjeździe często wracam bardziej zmęczona, niż przedtem... głównie psychicznie, z potrzebą zaszycia się gdzieś z winem, książką i spokojem.
Pesymistyczny wstęp, nieprawdaż?
Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę kocham święta! Uwielbiam zapach przyprawy korzennej, krzątanie się po kuchni, pieczenie zbyt dużej ilości ciast i przygotowywanie jedzenia jak dla armii, chociaż to tylko 3 dni... Tandetne świąteczne piosenki cieszą moje serduszko już mniej więcej od października, a szał kupowania prezentów wprawia mnie raczej w podekscytowanie, niż panikę. Nie przeszkadza mi nawet to, że świąteczne przygotowania w tym roku muszę prowadzić z łóżka, bo rozłożyła mnie niemal czterdziestostopniowa gorączka. Bywa i tak. 
To śmieszny paradoks, jednocześnie coś strasznie kochać i tego nie lubić. Irytacja jest równa radości - i jakby nad tym chwilkę pomyśleć, to tylko od nas zależy, na czym się skupimy. Bo wiecie - święta z rodziną nie są łatwe, jako że - jak powtarza często moja mama - "codziennie ktoś inny będzie miał humory, i takim sposobem mamy obstawiony cały tydzień". Ale wydaje mi się, że pośród całego tego narzekania na coroczne świąteczne klasyki ("nie ruszaj, to na święta", "nie rób tak, Mikołaj patrzy", "kto pojedzie po babcię?", "uwaga, karp ma ości", et cetera) często zapominamy o co w tym wszystkim chodzi. A to przecież proste.
O okazję do pobycia razem, chociaż przez chwilę, skupiając się na najbliższych. O to, że jak zwykle nie będzie śniegu, ale to nic. O wspólne śpiewanie kolęd po wigilijnej wieczerzy, chociaż nikt nie pamięta drugiej zwrotki (poza grającymi, skubani mają śpiewnik). O tradycyjne "-Nawzajem? - Nawzajem." przy dzieleniu się opłatkiem (komu by się chciało wymyślać życzenia dla rodzeństwa?). O uśmiech na twarzy maluchów, kiedy pod choinką zobaczą wymarzony prezent. Albo gdy po prostu cieszą się na nasz widok po tak długim czasie poza domem. O ściganie się, kto zje wszystkie najsmaczniejsze cukierki z choinki, chociaż to mało dorosłe zachowanie (kogo to obchodzi? Nie przegram, karmelowe będą moje!). O jedzenie do momentu, w których nienawidzisz siebie i obiecujesz sobie, że za rok sobie tego nie zrobisz. O dyskusje o przeczytanych książkach, o życiu i planach, ale takie przyjazne rozmowy, nie ironiczne komentarze. O obciachowe swetry. O tę chwilę bycia razem, kiedy wszystko jest już gotowe i można po prostu usiąść obok siebie, porozmawiać i cieszyć się sobą. Kto wie, ile takich wspólnych świąt będzie nam jeszcze dane przeżyć.
W te święta życzę nam wszystkim, żebyśmy nauczyli się doceniać bycie razem - z tymi, których kochamy. Żebyśmy na chwilę zatrzymali się i przestali myśleć o problemach codzienności. Żebyśmy znaleźli w sobie trochę radości, nabrali siły, odpoczęli. Żeby ten czas spędzony z rodziną budził raczej poczucie ciepła niż rozdrażnienie. Żeby w blasku choinkowych światełek każdy z nas chociaż przez chwilę poczuł się jak dziecko; zapominając o wszystkim poza tą magiczną atmosferą. Żebyśmy na chwilę się czymś zachwycili - czymkolwiek.
Wesołych świąt!

wtorek, 20 grudnia 2016

Lustrzane związki

Lustro.
Zwyczajny przedmiot, tak przydatny w codziennym życiu. Dla wielu niezbędny. Jednych przeraża, innych cieszy - zależnie pewności siebie i upodobań w kwestii horrorów. Ale nie o ejsoptrofobii chciałam dziś napisać (chociaż na ten temat też co nieco mi wiadomo). Będzie odrobinę subtelniej.
Niektórych ludzi tak fascynują zwierciadła, że postanawiają stać się jednym z nich. Brzmi trochę jak scenariusz słabego filmu science-fiction. O co więc mi chodzi?
Odbijający emocje innych. Dostosowujący się do rozmówcy. Zawsze gotowi do ugody, wyrzeknięcia się części swych pragnień dla drugiej osoby. Niczym w zwierciadle, stale wpatrzeni w swoje odbicie, powtarzający jego ruchy. Puści w środku. Codziennie coraz bardziej upodobniający się do tych, których odbiciem próbują być. Niekoniecznie celowo - czasami przez długi czas nie zdają sobie sprawy z tego, że ich egzystencja jest tak podobna do zwykłego kawałka szkła.
Takie lustra wiodą powoli swoje bezsensowne, nieszczęśliwe życia - bo jak można być szczęśliwym, kiedy porzucasz samego siebie? Wmawiają sobie, że warto być kimś takim, bo osoba, której odbiciem chcą się stać to ktoś wyjątkowy. Więc dostosowują się. Niektórzy tylko do jednej postaci, inni budują w sobie całą kolekcję wersji siebie, na każdą okazję, dla każdego inną. Niezdolni do wyrażenia swoich potrzeb, milczący, jeśli chodzi o źródła swoich cierpień.
Zapatrzeni.
W każdym związku prędzej czy później wraz z rosnącymi uczuciami pojawiają się wątpliwości. "Czy jestem wystarczająco dobry?", myślimy wtedy. Z tym pytaniem poradzić sobie można na wiele sposobów, ale lustra wybierają ten najprostszy - dopasowanie się. 
Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, jak wiele krzywdy może wyrządzić komuś takie podejście.
Bo pewnego dnia, kiedy związek się kończy, zostajemy nie tylko bez swojego partnera, ale także bez samego siebie - a jedyne, co czujemy to zagubienie i pustka. I jak teraz zapomnieć, ruszyć dalej, kiedy całe życie podporządkowaliśmy drugiej osobie?
Związek z człowiekiem-lustrem dla jego partnera z początku może wydawać się czymś wspaniałym - w końcu kto nie chciałby spotykać się z osobą, która jest dokładnie taka, jakiej pragniemy? Później jednak rodzą się problemy. W skrajnych przypadkach myśli w stylu "jak wiele dla mnie zrobi?", "jak daleko mogę się posunąć?". Zazwyczaj jednak coś bardziej przyziemnego - znudzenie. 
Jedno i drugie na związek działa destrukcyjnie. W przypadku człowieka, który próbuje podbudować swoje ego umniejszając partnerowi, lustro jest ofiarą idealną - w końcu z chęcią stanie się pozbawionym własnych opinii podległym, nad którym można mieć władzę. Nieważne, co się mu zrobi, i tak nie odejdzie, bo goniąc za spaczoną wizją miłości zgubił samego siebie. Lepiej nawet nie myśleć, do czego może to w ostateczności doprowadzić. W końcu lustra tak łatwo zbić. 
Znudzenie to ta bardziej optymistyczna wersja. Kiedy nie możemy zaoferować partnerowi nic poza ślepym podążaniem za nim, to co wnosimy w jego życie? Dlaczego miałby zakochać się w kimś, kto nie ma nic, co może dać od siebie, nawet opinii czy komentarza? 
Byłam lustrem. Wstyd mi to przyznać, naprawdę. Myślę, że gdyby nie to, że uznałam to za wspaniałe wyjście i sposób na życie, uniknęłabym wielu upokorzeń i przykrych sytuacji. Ale chyba lepiej opamiętać się późno, niż wcale, prawda? Młodzi ludzie popełniają mnóstwo błędów, kiedy nie wiedzą jeszcze, czego oczekują od życia. Wydaje mi się, że wiele kobiet ma taki problem - i nie tylko kobiet, nie chcę tu generalizować. Ludzie oczekują, że partner przeprowadzi ich za rączkę przez życie, mówiąc wciąż, co ma robić, są przekonani, że każda chwila spędzona osobno nie ma wartości. Boją się utraty miłości, więc chcą być dokładnie tacy, jak ta osoba oczekuje. Uzależniając się, tworzą niezdrowe relacje oparte głównie na obawianiu się pokazania swojego prawdziwego oblicza. A może na lęku przed tym, że sami nie wiedzą, kim tak naprawdę są? Wszystko sprowadza się do braku akceptacji. Niegdyś wierzono, że lustro ma moc uwięzienia w sobie ludzkiej duszy. I tutaj jest podobnie, tylko że więzienie budujemy sobie sami, stawiając grube ściany z niepewności i strachu.
Ślepe oddanie nigdy nie jest rozwiązaniem. Jeśli myślisz, że możesz być takim lustrem, to zastanów się - ile z tych rzeczy, które robisz, robisz dla siebie? Co tak naprawdę sprawia przyjemność Tobie? 
Zacznij żyć. Jeśli Twój związek jest zdrowy, to zobaczysz, że wiele problemów zniknie, a partner ucieszy się, że nie jest ze swoją kopią, ale z kimś wyjątkowym. A jeśli tego nie zaakceptuje, to po co właściwie Ci ktoś taki w życiu?
Zacznij żyć.
Zanim zostaniesz rozbity.

wtorek, 13 grudnia 2016

Zmiany

Końcówka roku. 
Wraz ze wzrostem częstotliwości, z jaką pada wśród znajomych znienawidzone pytanie "Co robimy w sylwestra?", uświadamiamy sobie, że jakiś moment naszego życia właśnie przemija. Przez myśl przechodzi wiele rzeczy - od tego, że znowu będziemy musieli nauczyć się nie mylić ostatniej cyferki pisząc datę, poprzez przerażenie z jakim odkrywamy tegoroczną ilość świeczek na urodzinowym torcie, aż po refleksje na temat tego, jak szybko zdaje się przemijać nasze życie. Coraz szybciej.
Chcemy się cofnąć, chcemy mieć więcej czasu, chcemy coś zrobić, byleby tylko uznać ten rok za udany, a nie zmarnowany. Bo przecież nie można się do tego przyznać. Nawet przed samym sobą.
Zatrzymaj się na chwilę zanim zaczniesz narzekać na to, jak jest teraz. Spójrz wstecz. Pomyśl.
Kim byłeś rok temu? Co się liczyło w Twoim życiu? O kim myślałeś przed zaśnięciem? Co napawało Cię strachem? Jakie problemy zdawały się nie do rozwiązania? Co sobie obiecywałeś? Kim chciałeś być za rok? A co najważniejsze - jak bardzo to wszystko różni się to od tego, o czym myślisz teraz?
Tylko jeden rok, czasem tyle potrzeba, żeby życie zmieniło się o 180 stopni. Najlepiej widać to, kiedy otworzymy własny dziennik, przeczytamy coś, co napisaliśmy rok temu o tej samej porze. A później dwa lata wstecz. Często otrzymujemy obraz kompletnie różnych osób, mimo tego, że zdajemy sobie sprawę z tego, że autor tych słów był tylko jeden. To trochę jak z fryzurami na starych zdjęciach - patrzymy na nie i są niesamowicie śmieszne, a kiedy je nosiliśmy, to nam się podobały (nigdy więcej grzywki na prosto, obiecuję sobie po raz kolejny, tym razem publicznie). Wydarzenia wpływają na nas, każdego dnia, po kawałeczku tworząc kogoś nowego. Takich dni jest 365. I chociaż przez większość czasu nic się nie dzieje, niekiedy zdarza się coś przełomowego - nie zawsze jako jakaś ogromna zmiana, to może być jedna myśl, jeden człowiek, jedna rozmowa, decyzja, albo szereg kilku małych kroczków stawianych w stronę zmiany. Nie wiemy nawet, które z nich odmienią nas na zawsze.
Świadomość tego, jak duże mogą być te przemiany zachodzące w nas samych trochę mnie przeraża. Boję się, że pewnego roku spoglądając wstecz zatęsknię za osobą, którą byłam, za ludźmi, których już nie ma w moim życiu, za straconymi w jakiś sposób marzeniami. I nawet jeśli teraz nie wierzę, że tak się stanie, to sam pomysł siedzi gdzieś w głębi mojej świadomości i co jakiś czas wraca. Skąd się wziął? Bo kiedy usłyszałam ostatnio, że nie wiem za wiele o życiu, straszliwie się obruszyłam i poczułam się urażona. Ale zaczęłam się też zastanawiać... i teraz myślę, że chyba nigdy nie będę wiedzieć. Biorąc pod uwagę to, jak szybko się zmieniamy i jak wiele rzeczy dopiero odkrywamy, ile jeszcze razy nastąpi w moim życiu taki przełom jak przez ostatni rok? Nie wiem, ale rozwój jest przecież lepszy niż stanie w miejscu, powtarzanie tego samego i oczekiwanie odmiennych rezultatów (Wiem co mówię, to była moja strategia na ostatnie 4 lata. Serdecznie nie polecam).
Myślę, że ja sprzed roku nigdy nie wierzyła, że będę kimś takim jak teraz. Myślę, że była koszmarnie zagubiona. Myślę, że bała się, że jej pragnienia niosą ze sobą konieczność zmian i nie miała odwagi zrobić kroku w ich stronę. Nie potrafiła tego w sobie zaakceptować, przez co nie umiała być szczęśliwa. Może nawet nie chciała być szczęśliwa? Poddanie się złym myślom jest przecież łatwiejsze.
I nagle coś pękło. Już nawet sama nie pamiętam jak. Prawda jest taka, że chyba nie chcę pamiętać. Czuję się tak, jakbym po prostu obudziła się pewnego dnia i powiedziała sobie, że to koniec. Tymczasem to wcale nie było takie łatwe. Przecież ówczesne problemy nie raz spędzały mi sen z powiek, powodowały łzy i uczucie bezradności. Teraz już nawet nie potrafię przypomnieć sobie o co chodziło. Nie mogę uwierzyć też, jak mogłam być bierna w stosunku do złych rzeczy, które się działy. Nie rozumiem tego, jak mogłam poddawać się zanim jeszcze zaczęłam, jak mogłam tak bardzo nie lubić samej siebie i tak źle się traktować. A może rozumiem? Może zrozumiałam i dlatego byłam w stanie powiedzieć dość i to zakończyć.
Spoglądając na ten rok widzę postęp, chyba pierwszy taki w moim życiu. Widzę wiele momentów poświęconych dochodzeniu do tego, czego ja chcę, i dużo sukcesów w odnalezieniu tych rzeczy. Widzę, że zaczęłam wreszcie być sobą i czuć się z tym dobrze. Przestałam zachowywać się tak, jak oczekują ode mnie ludzie... i zaczęłam od ludzi oczekiwać pewnych rzeczy, powoli ucząc się wymagać, zamiast tylko ślepo spełniać wymagania. Zamiast planować, działałam. Może trochę zbyt impulsywnie, ale i tak chciałabym, żeby tak zostało. 
Końcówka roku. 
Znowu zadajemy sobie mnóstwo pytań, szykując powoli listę rzeczy, które chcielibyśmy w sobie zmienić. I to nic, że o tych postanowieniach zapomnimy w połowie stycznia, zamieniając dietetyczną sałatkę na tabliczkę czekolady. Przecież tak przyjemnie fantazjować o tych wszystkich złych nawykach, których się pozbędziemy, właściwych decyzjach, które podejmiemy i szalonej miłości, którą w końcu uda nam się znaleźć, prawda? Mam pomysł. Zamiast marzyć o tym, co zrobimy w nowym roku, zacznijmy teraz. Zamiast składać sobie obietnice, których nie zamierzamy dotrzymać, rozejrzyjmy się z myślą "co powstrzymuje mnie dziś od spełnienia jakiegoś marzenia?" i zróbmy wszystko, żeby te rzeczy wyeliminować. Pomyślmy o tym, jak utrzymać w życiu ważnych dla nas ludzi, zamiast płakać nad tymi relacjami, które się skończyły, a zamiast użalać się nad zmarnowanym niegdyś czasem skupmy się na tym, co mamy teraz i co może sprawić, że będziemy szczęśliwi, jeśli to dostrzeżemy. 
Z takim podejściem będzie już tylko łatwiej.


piątek, 9 grudnia 2016

O strachu słów kilka

Grudzień to miesiąc nadziei, błyszczący światłami świątecznych iluminacji, pachnący piernikami i pomarańczami. I może jest we mnie jakaś dziecięca naiwność, ale co roku wierzę, że to czas na rzeczy niezwykłe, napisałam kilka dni temu, jak co dzień tocząc walkę z bezsennością - tym razem przynoszącą mi optymistyczne myśli. Zabawne, jak wiele w życiu zależy tylko od naszego nastawienia i tego, jak spojrzymy na otaczający nas świat.
I nie chcę tu sprzedawać nikomu motywacyjnych gadek, bo byłabym hipokrytką - sama tak często pozwalam obawom zawładnąć moimi myślami. Po prostu nie potrafię dziś pozbyć się tej myśli z głowy.
Czego my właściwie tak strasznie się boimy?
Mamy po dwadzieścia-parę lat, a wszystko, o czym myślimy, to to, że "nie wiemy". Nie wiemy, co zrobić z przyszłością, czy nasze plany i marzenia mają jakąś realną szansę się spełnić, nie wiemy co nas czeka, nie wiemy nawet co zrobimy kolejnego dnia, więc marnujemy czas na bzdury. Boimy się zacząć cokolwiek, bo nie wiemy, czy warto próbować, czy to na pewno to, co chcemy robić, nie wiemy, czy nam wyjdzie, czy się nie rozczarujemy. I nieważne czy chodzi tu o naukę nowego języka, kupienie sobie chomika czy budowanie relacji z drugą osobą - martwimy się o wszystko.
Może piszę to, bo jestem w tym śmiesznym wieku, gdzieś pomiędzy beztroskim dzieciństwem a "bezlitosną" dorosłością i nieustannie próbuję znaleźć siebie. Może piszę to, bo zbyt długo myślałam, że jestem w jakiś sposób niekompletna, niewystarczająco dobra - i szczerze? Mam tego dość. Jestem zmęczona tym, że wszyscy wokół skupiają się na najgorszej wizji tego, co może się wydarzyć. Mam dość tego, jak protekcjonalnie ludzie podchodzą do samych siebie, wybierając brak ryzyka, byle tylko żyć spokojnie, nie wychylać się. Mam dość tego, że nawet nie podejmujemy próby, poddając się na starcie.
Cholera, czego tu się bać? Czy młodość nie jest po to, żeby próbować, szukać, sprawdzać samego siebie? Kiedy niby mamy znaleźć to, czego chcemy, jeśli nie teraz? Jeżeli pozwolimy obawom decydować o naszym życiu, to jakbyśmy przegrali na starcie.
Nie zliczę ile razy w życiu zdarzyło mi się rozmawiać z jakąś piękną dziewczyną, która powtarzała, że jest nic nie warta, gruba, paskudna i nikt nigdy jej nie zechce. I ja widziałam, że naprawdę w to wierzy, naprawdę ją to boli i chciałaby się pozbyć tego myślenia, tylko nie wie jak. Bo żyjemy w społeczeństwie, w którym większość ludzi widzi w sobie tylko wady, myśli o sobie jak o najgorszym człowieku świata, skupia się na tym, czego mu brakuje, a nie tym, co jest w nim dobre. Może nie zawsze, może nie codziennie, ale w głowie wszystkich co jakiś czas pojawia się taka myśl "nie dam rady". Psychologowie mówią, że to przez negatywne komunikaty w dzieciństwie, zbyt wysokie wymagania rodziców czy traumatyczne wydarzenia - tylko prawda jest taka, że każdy z nas w pewnym momencie życia takie miał.
Kilka lat temu pewien chłopak powiedział mi, że nie podoba mu się moja talia - i od tej pory patrząc w lustro widziałam, jaka rzeczywiście jest krzywa, nie zdając sobie sprawy, że nikt normalny nie zwróci na to uwagi. Uczyniłam z tego powód do krytyki siebie, karmiąc kompleksy, myśląc "coś jest ze mną nie tak". Później ta sama osoba porównała mnie do laleczki, która nie ma do zaoferowania nic poza ładną buzią, z którą można się pokazać, bo tylko do tego się nadaje. I te słowa do niedawna spędzały mi sen z powiek, wypełniały przerażeniem, iż tak może być, chociaż w głębi serca wiedziałam, że to nieprawda. Oparłam mój obraz siebie na słowach, których jedynym celem było sprawienie bólu. Jaki to ma sens? Żaden. Tylko strasznie ciężko sobie to uświadomić.
Kobiety pamiętają zbyt wiele, szczególnie rzeczy, którymi nawet przez chwilę nie powinny się przejąć.
Strach zaszczepiają w nas inni ludzie, żeby poczuć się lepiej. Strach powstaje ze wspomnień, niewykorzystanych szans, nieprzemyślanych słów. Strach rodzi się też z ambicji i marzeń, z rzeczy ważnych. Obawiamy się porażki, utraty, własnych emocji, drżymy przed uczuciami innych, panikujemy zarówno na myśl o przeszłości, jak i tym, co nas czeka.
Czas z tym skończyć.
I tak, wiem, że sekret tkwi nie w tym, żeby wcale się nie bać. To niemożliwe, poza tym przecież podobno "jeżeli nie odczuwasz strachu na myśl o swoich marzeniach, to są one zbyt małe". Tu chodzi tylko o to, żeby nie dać się sparaliżować. Żeby poszukać w lustrze kilku zalet, zamiast skupiać się na tym, czego nienawidzimy w sobie. Żeby pomyśleć o wszystkich tych złych słowach wypowiedzianych przez nieodpowiednich ludzi - i uświadomić sobie, że to nieprawda. Żeby pokazać światu, że się myli i że potrafimy coś osiągnąć. Jeśli nie dla siebie, to może na przekór tym wszystkim, którzy mówili, że się nie uda?
Grudzień to miesiąc nadziei, błyszczący światłami świątecznych iluminacji, pachnący piernikami i pomarańczami. I może jest we mnie jakaś dziecięca naiwność, ale co roku wierzę, że to czas na rzeczy niezwykłe, napisałam kilka dni temu, jak co dzień tocząc walkę z bezsennością. Ja zamierzam się tej naiwności złapać i uwierzyć w siebie. Tak na próbę, dla zabawy, uśmiechnąć się na myśl o tym, co mnie czeka, zamiast myśleć o wszystkich rzeczach, które mogą pójść źle.
Może Ty też spróbujesz?

czwartek, 8 grudnia 2016

Początki

Wdech, wydech. Spokojnie. I tak nikt tego nie czyta, prawda?
Pierwszy post zawsze jest najtrudniejszy do napisania. Bo właściwie co takiego w nim zawrzeć? Zwyczajną regułkę, takie "Cześć, jestem Karolina, a to jest blog, który postanowiłam założyć dzisiaj o 14:27 i impulsywnie to zrobiłam"? Przecież to bez sensu.
Japończycy przywiązują dużą wagę do odpowiednich powitań i przedstawienia się, przypominam sobie z pierwszych lekcji spędzonych w sali od japońskiego. Ohayou gozaimasu, yoroshiku onegaishimasu. Tylko, że to nie Japonia. Ups.
Więc może opowiem Ci po prostu, mój drogi Czytelniku, o tym, że dzisiaj był taki ładny dzień. Słońce postanowiło na chwilę przyjść i zabrać resztki mojego ukochanego śniegu, który zdaje się padać w tym roku obficie wszędzie poza Krakowem, ale przecież nie mogę narzekać na pogodę. Dorośli nie powinni aż tak wyczekiwać śniegu, prawda? Nawet i bez niego, a może właśnie z powodu stosunkowo ciepłego dnia, na rynku było mnóstwo ludzi, zajętych swoim życiem. Zmierzających gdzieś szybko dorosłych, turystów robiących zdjęcia, spacerujących zakochanych, dzieci na wycieczkach szkolnych... i kiedy tak plątałam się pomiędzy nimi, a muzyka cicho płynęła z słuchawek prosto do serca, ponieważ cieszyłam się właśnie jedną z moich ulubionych piosenek, pomyślałam, że mam dużo do powiedzenia, tylko nie za bardzo wiem, do kogo mówić.
I dlatego właśnie to teraz czytasz. Jak to mówią, każdy powód jest dobry, kiedy się czegoś chce, prawda?
To zabawny paradoks. Często myślę, że to, co mam w głowie mogłoby kogoś zainteresować, a jednocześnie boję się, że gadam jakieś głupoty. Ale pisanie w przestrzeń jest dużo prostsze niż otworzenie się przed drugim człowiekiem, więc czemu nie?
Witam w mojej głowie. Ostrzegam tylko, że łatwo się tu pogubić.